Przejdź do głównej zawartości

Celujemy

A po co? A na co?

Powiedziano mi, że warto, aby blog miał swój cel, żeby czytelnicy wiedzieli po co to wszystko. Na pewno mogę napisać czym ten projekt nie będzie. Raczej nie znajdziecie tutaj typowych recenzji albo wykładów na tematy różne, ponieważ takich blogów i miejsc jest dość dużo i prowadzą je często osoby, które robią swoją robotę znacznie lepiej niż ja. Stawiam na luźne podejście do tematyki około fantastycznej i nie tylko. Takie pisanie bez spiny, bez zadęcia. Może dodatkowo pojawi się tutaj kilka małych podprojektów, ale to się jeszcze okaże. Cel jest jeden: radośnie ująć to, co się ma w głowie i ucieszyć tym kogoś. Wszystkie teksty są mojego autorstwa, chyba, że zaznaczono inaczej, stąd wszelkie niedociągnięcia to mea culpa, mea maxima culpa. Strona może ulegać jeszcze niewielkim przeobrażeniom w trakcie transmisji 😉

#42

Znalezione w odmętach dysku...

Napis na znaku głosił: „Miasteczko Downfall wita. Populacja: 250 gnolli.” Ktoś pod spodem dopisał czerwoną farbą: „i ciągle spada.”
- Gnolle - mruknął z obrzydzeniem. - Jak ja nie cierpię gnolli.
Jeremy skrzywił się na myśl o spotkaniu z tymi pokracznymi stworami pokroju hieny i małego trolla. Zresztą poza charakterystycznym wyglądem, najbardziej denerwował go śmiech gnolli, które chichotały w ten sam szaleńczy sposób, co wspomniane hieny.
Uniform Prywatnego Kuriera Kierownika Działu Życie wpijał mu się boleśnie w ramiona i uda. Nic dziwnego, skoro ubranie było przygotowane na gnoma a nie rosłego krasnoluda. Przy każdym ruchu przysięgał sobie, że już nigdy więcej nie da się wciągnąć w taką kabałę i nie obieca nikomu, że spełni jego prośbę, choćby nie wiem jak była żarliwa. Mógłby sobie teraz siedzieć wygodnie w pieczarze i oglądać najnowszy odcinek „Poszukiwaczy Zbrodni” z przepiękną aktorką, Amy Wishnick, wcielającą się w rolę pani detektyw. Zamiast tego właśnie brodził uliczkami miasteczka Downfall w poszukiwaniu adresata przesyłki.
- Nie ma to jak ostatnia prośba od szefa w ostatnim dniu pracy - zaburczał pod nosem. - Tak, jakbym był jedynym pracownikiem w firmie.
Szedł powoli z powodu panującej mgły i zapadającego zmroku. Latarnie przy głównej ulicy nie zdążyły się jeszcze zapalić. Trudno było cokolwiek dostrzec w takich warunkach a domy, o ile można tak było nazwać szałasy zbudowane z byle jak skleconego drewna, nie miały żadnych oznaczeń czy numerów.
Jeremy zerknął do notatnika, gdzie miał dokładnie opisany budynek, którego szukał. Paczka w plecaku zaczynała mu już ciążyć. Miasteczko Downfall było jednym z odleglejszych miejsc w Dystrykcie Jaskiniowej Pandy, a niestety stan tutejszych dróg nie pozwalał mu wykorzystać żadnego pojazdu, by tutaj dotrzeć. Większą część drogi zmuszony był przebyć piechotą. Stopy bolały go niemiłosiernie.
- Nigdy więcej - westchnął.
Na szczęście nikt nie wałęsał się o tej porze po miasteczku, więc Jeremy nie musiał kryć się ze swoim niezadowoleniem. Chociaż z drugiej strony było to bardzo dziwne, że jeszcze nie spotkał ani jednego gnolla. Jak na populację składającą się z 250 osobników było to bardzo nietypowe.
- Lepiej miejmy to jak najszybciej za sobą. Nie podoba mi się tutaj - szepnął do siebie i ruszył pewniejszym krokiem.
Po kilku metrach odnalazł to, czego szukał. Budynek majaczący w oddali idealnie pasował do opisu. Krasnolud ucieszył się na ten widok. Jak tylko odda przesyłkę, będzie mógł stąd odejść i w końcu zrzucić ten przyciasny mundurek i zająć się swoimi sprawami. W końcu już następnego dnia czekała go podróż do Dystryktu Malowanego Niedźwiedzia, gdzie miał objąć stanowisko kierownika prac przy budowie Wielkich Jaskiń, więc musiał się odpowiednio przygotować do wyjazdu.
Dom był większy niż te, które Jeremy mijał po drodze. W dodatku różnił się bardzo od nich. W niczym nie przypominał szałasu. Zbudowano go z solidnych, drewnianych bali na kamiennym fundamencie. We frontowej ścianie wbudowano dwa, obszerne okna. Dach pokryty był strzechą i mchem. Z komina leciał dym, co było jasnym sygnałem, że ktoś musiał być w środku.
Krasnolud wszedł po schodkach na werandę zatrzymując się pod drzwiami. Poprawił nieco uniform tak, żeby w oko od razu rzucał się znak Prywatnych Kurierów Kierownika Działu Życie - dwie otwarte dłonie stykające się kciukami. Jeremy nigdy się nie dowiedział skąd się wziął właśnie taki symbol dla kurierów. Zresztą, jak większość spraw w firmie, także i ta była objęta klauzulą tajności i nie było sensu drążyć tematu.
Jeremy odetchnął i zapukał zdecydowanie.
- Przesyłka od Kierownika Działu Życie! - powiedział głośno.
Przez dobrą chwilę nic się nie działo. Ze środka nie dochodził żaden dźwięk. Nagle klamka się poruszyła i drzwi uchyliły się nieznacznie, skrzypiąc niemiłosiernie. W tym sprawiającym wrażenie opuszczonego miasteczku, odgłos ten wydał się przerażający. Krasnoludowi mimowolnie stanęły włosy na karku.
- To zły znak - przemknęło mu przez myśl.
Otrząsnął się i zajrzał do środka, ale za drzwiami nie było nikogo, jedynie nieprzenikniona ciemność. Popchnął drzwi mocniej, aby móc wejść. Po paru krokach znalazł się w przestronnym salonie. Schody w głębi prowadziły na poddasze a drzwi po prawej zapewne do kuchni.
- Halo! Jest tu kto? Mam przesyłkę od Kierownika Działu Życie!
Przełknął nerwowo ślinę, gdy na jego wezwanie wciąż nikt nie odpowiadał. Czyżby się spóźnił i nie zastał adresata? Przeleciał wzrokiem dokumenty. Adres się zgadzał - innego takiego domu w Downfall nie widział po drodze. Zaznaczono też, że adresat będzie uchwytny tylko dziś, a informacja ta była potwierdzona nagraniem rozmowy telefonicznej, którą Jeremy odsłuchał jeszcze przed wyjściem z samochodu. Nie było więc mowy o pomyłce, jednak mężczyzna miał złe przeczucia. Poza tym po drodze nie zauważył nikogo, kto mógłby mu pomóc.
- Właśnie... gdzie te wszystkie gnolle się podziały? - mruknął do siebie.
Nagle coś przemknęło pod ścianą i otarło się o jego nogi. Odwrócił się w poszukiwaniu tajemniczego stworzenia, ale nie był dostatecznie szybki i niczego nie zauważył. Po chwili usłyszał brzęk tłuczonego szkła. Wazon spadł z małego stolika stojącego obok kanapy i roztrzaskał się na milion kawałeczków.
- A niech to! Co tu się do licha wyprawia?
Rozejrzał się uważnie wokół. Niestety panujący we wnętrzu półmrok uniemożliwiał mu obserwację. Podszedł do włącznika światła. Kliknął kilka razy, jednak nie przyniosło to oczekiwanego efektu. W domu nadal było ciemno i nieprzyjaźnie.
Drzwi kuchenne skrzypnęły głośno. Widać skrzypiące zawiasy były wizytówką domostwa. W ich obrębie krasnolud dostrzegł zarys sylwetek dwóch stworzeń. Miały krępej budowy ciała. Poruszały się miękko, kołysząc się na boki jak drapieżniki skradające się do ofiary. Zaczęły cicho chichotać. Jeremy domyślił się, że muszą to być gnolle. Postanowił nie wykonywać gwałtownych ruchów. Nie chciał ich niczym sprowokować. Może jako krasnolud był od nich silniejszy, ale nie miał żadnej pewności, że gdzieś nie czają się ich pobratymcy. Gnolle atakujące w stadzie były bardzo niebezpieczne nawet dla rosłego krasnoluda.
Jeden ze stworów przystanął niespodziewanie i zaczął węszyć. Skierował swój wzrok na przybysza. Ciemne oczy świdrowały krasnoluda tak, jakby chciały go przebić na wylot. Gnoll szczeknął na swojego towarzysza i wskazał łapą na kuriera. Drugie stworzenie zmierzyło go świecącymi zielonkawo oczyma.
- Czego tu chcieć? Czego szukać? – zapytał warcząc pomiędzy słowami.
Jeremy stał zdziwiony. Pierwszy raz spotkał gnolla, który mówił w języku powszechnym. Na ogół istoty te porozumiewały się z innymi jedynie szczeknięciami, warknięciami lub gestami.
- Widać i tutaj można znaleźć kogoś bardziej rozmownego – mruknął do siebie, po czym przemówił głośniej. – Jestem Prywatnym Kurierem Kierownika Działu Życie. Mam paczkę do dostarczenia.
- Paczkę. Paczkę. Paczkę – zaczął powtarzać to słowo pierwszy z gnolli.
Podskakiwał przy tym nieznacznie, podczas gdy jego pobratymiec wpatrywał się w przybysza wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
- Ty chodź – powiedział w końcu zwracając się do krasnoluda. – Ty zostać – rzucił skaczącemu stworzeniu. Ten kiwnął gwałtownie kilka razy łbem wywalając język na zewnątrz pyska.
- Zostać. Zostać. Zostać.
Jeremy spojrzał na zielonookiego gnolla. Nie był pewien, czy powinien za nim iść. Miał dostarczyć paczkę bezpośrednio do adresata, a skoro go tu nie było to może ten stwór wie, gdzie go znaleźć. Wahając się nieco ruszył za swoim przewodnikiem.
- Ty być tu sam? – rzuciło stworzenie przekręcając łeb i błyskając oczami. Nieustannie przy tym węszyło.
- Kolega czeka na mnie przy drodze – skłamał krasnolud. Nie bardzo wiedział, dlaczego gnoll wypytuje go o taką sprawę. – Będzie dzwonił do mnie, gdybym dłużej nie wracał – dodał, starając się mówić naturalnie. – Wiesz, gdzie jest…
Gnoll warknął na niego. Ukazał przy tym część kłów mieszczących się w pysku.
- Ty chodź. Nie mówić. Nie pytać. Iść. Zobaczyć.
Robi się coraz ciekawiej, pomyślał Jeremy. Obym tylko wyszedł z tego cało.
Nie widząc innego wyjścia z sytuacji, ruszył za kołyszącym się przewodnikiem brodząc we mgle otulającej całe miasteczko.
Latarnie zdążyły już zapłonąć migotliwym blaskiem. Mrok rozprzestrzeniał się między zabudowaniami. Oprócz cichego sapania gnolla i szurania butów krasnoluda nie było słychać żadnych odgłosów. Nawet zwierzęta z pobliskiego lasu nie ośmielały się zakłócać tej niezwykłej ciszy. Jeremy rozglądał się dokoła nieustannie lustrując teren. Nie zauważył żadnego ruchu.
- Gdzie reszta gnolli? – rzucił szeptem.
Przewodnik zwrócił na niego swoje bystre spojrzenie. Warknął ostrzegawczo przypominając o wcześniejszym poleceniu. Krasnolud westchnął i ruszył za nim.
W sumie mógłbym go ogłuszyć i uciec, przemknęło mu przez myśl. Tylko jaką mam pewność, że zaraz nie dopadną mnie pozostałe gnolle. No i trzeba dostarczyć paczkę, bo inaczej…
Po kilku minutach marszu dotarli pod niewysokie wzgórze. W jego zboczu zionął ciemny otwór, przy którym paliły się pochodnie.
- To tutaj? – spytał krasnolud.
- Chodź – rzucił gnoll ostro i ruszył w ciemny otwór.
- Nie, nigdzie nie idę, dopóki nie dowiem się, co się tutaj dzieje – powiedział Jeremy i zatrzymał się.
Stworzenie warknęło. Odwróciło się i w mgnieniu oka podskoczyło do niego. Krasnolud czuł na twarzy oddech gnolla, który z widocznym trudem powstrzymywał się by go nie zaatakować. Kły błysnęły niebezpiecznie spod warg stworzenia.
- Chcieć oddać paczka? Chcieć wrócić? Musieć iść. Nie mówić.
Zmierzył go zielonym wzrokiem, po czym ruszył w stronę tunelu. Nawet się nie odwrócił, by upewnić się, czy Jeremy idzie za nim. Krasnolud zrezygnowany ruszył w głąb wzgórza. Nie miał za bardzo wyboru, żeby nie dostosować się do nakazu przewodnika. Szczególnie, jeśli chciał oddać paczkę i wrócić do domu.
W miarę jak szedł wciąż w dół i w dół, słyszał za sobą ciche chichoty gnolli. Teraz już wiedział, gdzie podziały się wszystkie stworzenia zamieszkujące Downfall. Pozostawało tylko pytanie: dlaczego się tu schowały? Gnolle, z tego, co wiedział, raczej nie przepadały za górskim klimatem, a wnętrze góry jak najbardziej mieściło się w tym zakresie.
Nagle tunel się skończył. Przeszedł w olbrzymią pieczarę. W każdym zagłębieniu płonęła pochodnia, dzięki czemu miejsce to było jasne, sprawiając wrażenie przytulnego domostwa. Na środku rozpalono ognisko, wokół którego zebrali się najważniejsi spośród stada. Gdzie nie spojrzał, Jeremy napotykał wzrok gnolli. Niektóre z nich zbiły się w małe grupki, wśród których dostrzegł małe szczeniaki. Stworzenia bacznie go obserwowały, kiedy przechodził między nimi prowadzony przez zielonookiego przewodnika wprost do środka pieczary. Kilkoro osobników powarkiwało głośno na widok krasnoluda.
Zbliżając się do ognia, Jeremy czuł coraz większe ciepło. Wszystkie stworzenia zaczęły milknąć. Rozejrzał się czujnie, czy gnolle nie planują przypadkiem ataku i jest to jedynie cisza przed burzą, jednak żaden z nich się nie poruszył. Jego przewodnik zatrzymał się kilka metrów przed ogniskiem. Zawarczał coś i skłonił łeb najniżej jak tylko potrafił. Dopiero teraz krasnolud zauważył, że gnoll ukłonił się postaci w kapturze. Sylwetka nieznajomego była charakterystyczna dla ludzi, mimo to miał wrażenie, że to, co widzi przed sobą nie jest do końca człowiekiem.
Nieznajomy siedział na kamiennym tronie. Jego twarz była ukryta w cieniu. Przypatrywał się gościowi, którego przyprowadzono przed jego oblicze. Z tego, co zdążył dowiedzieć się od swojego podwładnego, krasnolud był Prywatnym Kurierem Kierownika Działu Życie i szukał jednego z mieszkańców Downfall. Ciekawe, kto był adresatem paczki. Skinął na przybysza ledwie dostrzegalnym ruchem, by ten podszedł bliżej.
Jeremy niepewnie zrobił kilka kroków zbliżając się do tronu. Rozejrzał się mimochodem po jaskini. Zauważył, że wszystkie gnolle milczały. Trwały w wyczekiwaniu na słowa swojego przywódcy.
Kim on do licha ciężkiego jest? – zastanawiał się krasnolud. Po co ja się w ogóle w to pakowałem…
- Podobno masz jakąś przesyłkę? – przemówiła niespodziewanie zakapturzona postać. Jej głos należał definitywnie do mężczyzny.
- Taak, zgadza się – odpowiedział niepewnie Jeremy. – Czy znajdę tutaj adresata?
- Może tak. Może nie.  - Usłyszał w odpowiedzi. – Zależy od tego, kogo szukasz?
Ton głosu nieznajomego sprawił, że Jeremy zaczął się niepokoić. Wyczytał w nim cichą groźbę.
- Szukam osoby imieniem Alister.
Pomiędzy gnollami przebiegł szmer. Niektóre ze stworzeń schowały się na dźwięk tego imienia a inne zaczęły cicho warczeć na krasnoluda.
- Podobno mieszka w domu, w którym mnie znaleziono – dodał szybko kurier nie bardzo wiedząc, co ma mówić i dlaczego stwory wokół stały się nagle tak niespokojne.
- Szukasz Alistera, tak?
Przywódca wstał z siedziska i ruszył w stronę gościa. Zszedł z podwyższenia zatrzymując się tuż przed nim. Dopiero teraz Jeremy dostrzegł jego srebrne oczy tak niepasujące do żadnego człowieka i ręce pokryte sierścią. Krasnolud wiedział już, że stoi oko w oko z wytworem Nikczemnej magii – półczłowiekiem, półgnollem. Przełknął głośno ślinę.
- Czy wiesz, kim jest Alister?
- Nie, nie mam bladego pojęcia. Ja dostarczam tylko paczki do adresatów. Nic więcej.
- No tak, racja. Dodatkowych informacji o tożsamości adresatów nigdy wam nie przekazują. Nie wiesz też zapewne, co jest w paczce, prawda?
- Nie, nie wiem. Mam ją tylko dostarczyć – powtórzył szybko. - Czy ty jesteś może Alisterem?
Nieznajomy zaśmiał się gromko. Jednak nie był to śmiech radosny, ale przerażający, pełen nienawiści.
- Ja, mój drogi krasnoludzie, jestem wytworem jego magii. Zresztą już się pewnie domyśliłeś, czym jestem. – Spojrzał przybyszowi głęboko w oczy. Ich srebrny blask zaczarował Jeremiego. Nie mógł oderwać oczu od tego spojrzenia. Stał jak skamieniały.
- O przepraszam – rzekł przywódca gnolli, kiedy spostrzegł, co się dzieje z Kurierem. – Zapomniałem jak mój wzrok może działać na krasnoludy. – Odwrócił szybko głowę. Jeremy czuł się przez chwilę oszołomiony, po czym nagle wróciła mu świadomość tego, gdzie jest.
- Czary gnolli – wyszeptał. – Zupełnie o tym zapomniałem.
- Ja również. – Nieznajomy uśmiechnął się lekko. – To jedna z cech tych stworzeń – dodał wskazując resztę obecnych w pieczarze – którą posiadam.
- Uhm.
- Więc szukasz Alistera. – Bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Tak.
- Cóż… tutaj na pewno go nie znajdziesz, a ja nie zamierzam ci pomóc w poszukiwaniach.
Krasnoluda nie zdziwiły te słowa. Półgnoll musiał wiele wycierpieć od Alistera. Słyszał, że próby tworzenia mieszańców gnolli i ludzi nie są niczym łatwym, ani przyjemnym. Szczególnie dla człowieka, którego poddaje się przemianie.
- Pozwól mi więc iść i go poszukać. Muszę wykonać swoje zadanie.
- Naprawdę musisz? Przecież przybyłeś tu sam. Nikt się nawet nie dowie, że zadanie nie zostało wykonane, a ty zniknąłeś.
Przywódca gnolli uśmiechał się złowieszczo. Jeremy zrozumiał, w jak niebezpiecznym położeniu się znalazł. Wiedzieli, że nikt na niego nie czekał. Pewnie obserwowali go odkąd wszedł do miasteczka.
- Może uda mi się ciebie przekonać – podjął półgnoll – żebyś zawrócił skąd przybyłeś. A przesyłkę zostawił nam.
- Nie ma takiej możliwości. Mam zadanie do wykonania i paczkę do dostarczenia.
- Wyjątkowo uparty z ciebie krasnolud… A nie pomyślałeś, że to, co znajduje się w twoim plecaku może być użyte do złych celów?
- Nie mnie o tym myśleć. Ja tylko dostarczam przesyłki – rzucił niemal piskliwym głosem. Nigdy nie był tak przerażony jak teraz. Jeśli nie pozwolą mu odejść, to niedostarczenie paczki będzie najmniejszym z jego zmartwień. – Błagam, nie zrobiłem wam nic złego. Pozwólcie mi odejść, proszę.
Nieznajomy zamyślił się na moment. Spojrzał na swoich towarzyszy a potem przeniósł wzrok na krasnoluda.
- Zrozum mnie, nie mogę cię wypuścić. Dla dobra tych wszystkich stworzeń po prostu nie mogę.
- Czyli mam zostać twoim więźniem?
- Nie, jeśli oddasz mi paczkę. Wtedy wrócisz do domu jak gdyby nigdy nic.
- Ale…
- Wiem, wiem. Nie możesz tego zrobić. Hm… - zastanowił się. – A co gdybyś my zrobili tak: ja opowiem ci o Alisterze, a ty sam zdecydujesz, co z paczką. Co ty na to?
- Nie wolno mi, mój szef…
- Twojego szefa tu nie ma krasnoludzie! Jestem tylko ja i ta dość spora, jak sam pewnie zauważyłeś, liczba gnolli. Sam musisz podjąć decyzję czy chcesz tu zostać do końca swojego życia, a z tego, co wiem krasnoludy żyją równie długo jak gnolle; czy chcesz stąd odejść jeszcze dziś. Wybór należy do ciebie.
- Szef mnie za to zabije – mruknął Jeremy.
- Nie sądzę – pocieszył go półgnoll. – To jak robimy?
- Dobrze – westchnął Kurier. – Mów, kim jest Alister.
- Rozgość się drogi krasnoludzie – rzucił nieznajomy i skinął na dwóch gnolli. Te rzuciły się by ugościć przybysza. Podały mu wygodny, choć nieco zniszczony fotel oraz coś do picia i jedzenia.
Jeremy zdziwiony tym zachowaniem z ogromną podejrzliwości skosztował napoju. Był bardzo orzeźwiający o ciekawym smaku. Jedzenie nęciło go swoim zapachem.
Co mi tam, pomyślał. Najwyżej umrę najedzony.
Przywódca gnolli zasiadł wygodnie na swoim tronie. Wszystkie pozostałe stworzenia poszły w jego ślady i rozsiadły się w różnych miejscach w jaskini.
- Alister przybył do miasteczka kilka lat temu – zaczął swoją opowieść półgnoll. – Postanowił badać zwyczaje gnolli, dlatego wybrał to właśnie miejsce. Na początku żył z nimi w dobrych stosunkach. Uczył się ich zachowań, języka, poznawał ich kulturę. Nic nie zwiastowało tego, co miało się wydarzyć. Gnolle zaczęły go z czasem traktować jak członka swojej społeczności. Wbrew temu, co twierdzą inni, te stwory są bardzo przyjacielskie, kiedy się je lepiej pozna i kiedy zdobędzie się ich zaufanie. Tak stało się w przypadku Alistera. I dokładnie wtedy wszystko się zmieniło.
Jeremy nadstawił ucha. To, że ktoś zapragnął żyć pośród gnolli już samo w sobie było dziwne. Zdobycie ich zaufania graniczyło z cudem i było czymś niezwykłym. Stworzenia te były z natury nieufne i stroniły od czyjegokolwiek towarzystwa.
- Wkrótce gnolle zaczęły znikać – kontynuował półgnoll. – Nikt nie wiedział, co się z nimi stało i nikt też nie odnajdywał ciał zaginionych. Za każdym razem, kiedy któryś z mieszkańców Downfall znikał kolejnego dnia przybywał tutaj Kurier Kierownika Działu Życie z przesyłką dla Alistera.
Krasnolud wciągnął powietrze. Widelec z jedzeniem zawisł w połowie drogi do stacji „usta”.
- Przecież to mogło zupełnie nie mieć związku – wyrzucił z siebie.
- Mogło. Jednak później okazało się, że jest inaczej. Gnolle zaczęły coś podejrzewać. Wysłano kilku z nich, by zbadały sprawę i to, czym w rzeczywistości zajmował się Alister. Niestety żaden z nich nigdy nie wrócił z jakąkolwiek informacją, a mieszkańcy wciąż znikali jeden po drugim. Dom po domu.
Gnolle zaczęły cicho piszczeć. Niektóre nawet skowyczeć, słysząc słowa przywódcy. Serce krasnoluda czuło ich ból z powodu straty, jakiej doznali.
- Wysłano mnie, żebym zbadał sprawę znikających gnolli – słowa nieznajomego zaciekawiły Kuriera i wyrwały z zamyślenia. – Ktoś z okolicy doniósł, że z dnia na dzień ma wrażenie jakby ich było coraz mniej. Niektóre ze stworzeń nie pojawiały się w pracy, więc pracodawcy też byli zaniepokojeni. Jako detektywowi z działu Tajemnic Niekonwencjonalnych przydzielono mi zadanie znalezienia przyczyny znikania gnolli.
- Byłeś kiedyś detektywem? – zapytał Jeremy zdziwiony.
- Nie wyglądam, prawda? – Półgnoll uśmiechnął się smutno. – Byłem. Nawet dobrym. Dlatego też od razu domyśliłem się, o co w tym wszystkim może chodzić. Od jakiegoś czasu szukaliśmy szalonego maga, który zajmuje się nielegalnymi eksperymentami na stworzeniach magicznych i niemagicznych. To nie tylko miało wpływ na tajemnicze zniknięcia całych wręcz populacji pomniejszych stworów, ale również na stosunki panujące między wszystkimi rasami zamieszkującymi nasz dystrykt. Znalezienie czarownika była naszym priorytetem. I właśnie mi przypadł ten zaszczyt.
- Alister…
- Dokładnie. Zakradłem się do jego domu. Znalazłem tam nie tylko poćwiartowane ciała gnolli, ale również kilku wciąż żywych osobników. Jeden z nich niespodziewanie przemówił do mnie.
- Tak być – odezwał się zielonooki gnoll, potwierdzając słowa przywódcy.
- To był właśnie Snark, którego miałeś już okazję poznać. Pomógł mi wtedy wydostać kilkoro z mieszkańców miasteczka z piwnic pod domem Alistera. Niestety ja nie miałem na tyle oleju w głowie, żeby uciekać i wezwać pomoc. Chciałem zostać tym, który schwytał niebezpiecznego maga zupełnie sam heh… - westchnął. – No i skończyłem, jako półgnoll. Alister zupełnie nie przejął się ucieczką Snarka, a powinien. Zbyt zafascynowany moją obecnością i nadarzającą się okazją zlekceważył go. Postanowił wcielić w życie swój najnowszy plan – stworzenia hybrydy gnolla i człowieka. Wcześniej nie miał żadnego „ochotnika”, a tu niespodziewanie zjawiłem się ja. Nie będę ci mówił, co się wtedy dokładnie działo, bo sam dobrze tego nie pamiętam. Zresztą pewnie potrafisz sobie doskonale wyobrazić, ile bólu przysparza taka transformacja. Jest to też powszechnie znane i właśnie ten argument był jednym z głównych powodów zakazania Nikczemnej Magii.
- Przykro mi. Naprawdę. Tylko nadal nie rozumiem, co ja mam z tym wspólnego.
- Zaraz zrozumiesz – zapewnił. – Kiedy byłem już w miarę w formie, usłyszałem jak Alister z kimś rozmawia. Zaciekawiło mnie to tym bardziej, że głos rozmówcy nie należał do gnolla. Wyjrzałem ze swojej klatki i zobaczyłem, że czarownik odbiera przesyłkę. Na paczce był znak Działu Życie. Po dwóch dniach w celi obok został zakwaterowany gnoll. Nim zdążyłem spróbować się z nim porozumieć, nawiązać jakikolwiek kontakt, przyszedł Alister i go zabrał. Musiałem przyglądać się kolejnemu szalonemu eksperymentowi. Za tydzień sytuacja się powtórzyła. Przybył Kurier, a ja miałem nowego kompana w celi obok. Domyśliłem się, że cokolwiek przychodzi w paczkach musi mieć związek z działaniami maga. Sam przyznasz, że używanie Nikczemnej Magii nie ma nic wspólnego z dobrymi intencjami, a przesyłki zawierają coś, co pozwala Alisterowi jej używać i jednocześnie krzywdzić innych. Jestem na to żywym dowodem.
- Nie miałem pojęcia, że coś takiego ma jeszcze miejsce w naszych czasach – przyznał Jeremy.
- Nikt chyba nie miał. Zresztą pewnie sam byłbym dalej obiektem chorych badań, gdyby nie Snark. To on wraz z innymi przybył, by mnie uwolnić. Jemu zawdzięczam życie.
- A ja tobie – odparł bez wahania gnoll. Nieznajomy uśmiechnął się słysząc te słowa. – My bracia. Ty pamiętać.
- Na zawsze.
Krasnolud spojrzał na nich wielce zdumiony. Oto był świadkiem nowej historii. Dnia, w którym to gnolle i ludzie sobie ufali.
- Zawiadomiłeś kogoś o magu? – zapytał.
- Wielokrotnie. Jednak Alister był sprytniejszy. Najpierw udawał, że o niczym nie wie i że nawet mnie tu nie widział. Później inni detektywi znikali w niewyjaśnionych okolicznościach i pojawiali się w dziwnych miejscach daleko stąd z wyraźnymi objawami szaleństwa lub amnezji. A od jakiegoś czasu sam Alister się ukrywa. Przychodzi do domu tylko i wyłącznie w dniu dostarczenia mu przesyłki.
- A ty za to wraz z innymi schowałeś się tutaj, tak?
- To było jedyne wyjście. Jeśli nie znajdzie żadnego obiektu badań jest szansa, że wyjdzie z kryjówki.
- Na to liczycie.
- Tak. Jesteś pierwszym Kurierem, którego udało się nam przechwycić. Naprawdę nie chciałbym cię tu więzić, albo, co gorsza, wydać rozkaz gnollom, by cię zaatakowały. Wiesz, że nie miałbyś z nimi żadnych szans.
Krasnolud zrezygnowany przytaknął.
- Nie chciałbym też – podjął ponownie półgnoll – żebyś podjął decyzję wbrew sobie. Dlatego opowiedziałem ci, kim jest Alister i czym się zajmuje. Jeśli dowiem się, co zawiera przesyłka być może będę w stanie go zaszantażować lub wykorzystać to „coś” przeciw niemu.
- Tylko ja naprawdę nie mogę oddać ci tej paczki – jęknął Jeremy.
- Tę decyzję będziesz musiał podjąć sam. A tymczasem Snark zaprowadzi cię do małej, przytulnej groty, byś mógł się zastanowić w spokoju. – Nieznajomy wstał. – I radzę ci, nie próbuj uciekać. Wierz mi, nie dotarłbyś nawet do pierwszych zabudowań. Gnolle znają ten teren jak własną kieszeń.
Półgnoll odszedł w odległą część jaskini znikając w ciemnościach. Snark skinął na gościa i poprowadził go w przeciwnym kierunku. Zasępiony Kurier ruszył za nim bez słowa sprzeciwu. Jego los leżał teraz wyłącznie w jego rękach.
W grocie było przyjemnie ciepło dzięki niewielkiemu ognisku płonącym pośrodku. Jeremy chodził wokół niego rozmyślając, jaką decyzję powinien podjąć. Targały nim dwa skrajne uczucia: poczucie obowiązku wobec szefa oraz wstręt i odraza, jaką budził w nim adresat paczki – mag Alister. Jedno było pewne – ucieczka nie wchodziła w grę. Półgnoll miał stuprocentową rację, że krasnolud nie dałby rady wydostać się stąd żywy.
A nawet gdybym jakoś zdołał uciec przed stadem rozwścieczonych gnolli, to nie wiem, co mógłby zrobić ze mną ten cały Alister. Skoro stworzył półgnolla a reszta tych stworów z własnej woli ukryła się w górach… Wolę nawet nie myśleć…
Westchnął zrezygnowany. Usiadł na kamieniu i rozważał swoje położenie.
Została mi tylko ta przesyłka do dostarczenia. Jutro wyjeżdżam. Przecież nikt się nie dowie, co się naprawdę stało. Nawet nie muszę wracać, żeby zdać raport.
Na twarzy Kuriera pojawił się nieśmiały uśmiech. Jednak zaraz potem zniknął.
A co jeśli szef się jednak jakoś zorientuje, co zrobiłem? On ma nosa do takich rzeczy… Kurczaki pieczone… i tak źle, i tak niedobrze. Albo gnolle, albo ja.
Wsadził twarz w dłonie, zastanawiając się, co wybrać.
Na korytarzu dało się słyszeć krzyki i człapanie wielu stóp. Jeremy zauważył, że jego ochrona – dwóch gnolli strzegących wejścia do komory, gdzieś zniknęła. Postanowił sprawdzić, co się dzieje. Ostrożnie wyjrzał na zewnątrz.
Stworzenia biegły w jednym kierunku – w stronę głównego wyjścia z jaskiń. Nawet nie zwracały na niego uwagi, kiedy szedł tunelem. Niejednokrotnie trącały go mimochodem, gdy przebiegały obok.
Ciekawe, co się takiego stało…
Zbliżał się do wielkiej groty, w której powitał go półgnoll z pozostałymi towarzyszami. Odgłosy walki narastały wraz z każdym jego krokiem. Stawały się coraz wyraźniejsze. Szczęk broni i smród spalonych futer gnolli wypełniał całe pomieszczenie. Stworzenia wciąż, niestrudzenie atakowały wysokiego człowieka w ciemnym stroju. Ciskał on kule ognia wprost na swoich przeciwników. Krasnolud stanął jak wryty.
Niespodziewanie poczuł, że ktoś ciągnie go mocno za ramię, prowadząc w kąt groty osłonięty przed wzrokiem walczących skałami.
- Ty zostać – doszedł do jego uszu znajomy głos Snarka. – Tu być niebezpiecznie.
- Snark, co się dzieje? Czy to, Alister?
Krótkie warknięcie wystarczyło za potwierdzenie. Zza skalnej zasłony Kurier obserwował przez chwilę walkę. Był świadkiem jak gnolle rzucały się na przeciwnika i niemalże natychmiast ich ciała padały na ziemię bez życia. Mag uderzał w nich jakby był w amoku. Wtedy Jeremy podjął decyzję. Jedną z odważniejszych w swoim dotychczasowym życiu.
- Gdzie półgnoll?
Snark spojrzał na niego nie rozumiejąc, o kogo mu chodzi.
- Gdzie twój brat? – Krasnolud zapytał jeszcze raz przypominając sobie o więzi, jaka powstała między mieszańcem a gnollem. – Muszę z nim pomówić i to zaraz.
- Ty chodź. Musieć uważać. Iść za mną. Iść cicho.
- Prowadź.
Podczas gdy gnolle zajmowały ofiarnie Alistera walką, półgnoll zaczaił się w grocie znajdującej się niemal za plecami czarownika. Żeby tam dotrzeć Jeremy i Snark musieli przejść spory kawałek tunelami. Szli bardzo szybkim tempem i wkrótce znaleźli się na miejscu.
- Jeszcze kawałek Alister, tylko kawałek – mruczał do siebie mieszaniec oczekując na dogodny moment, by uderzyć z kryjówki.
- Bracie – odezwał się Snark. – On chcieć rozmawiać.
Półgnoll spojrzał na niego. Następnie przeniósł wzrok na krasnoluda.
- Ty jeszcze tutaj? Nie uciekłeś? – rzucił do niego zdziwiony. – Nikt by cię nie zauważył w tym zamieszaniu. Trzeba było to wykorzystać.
- Jak widzisz nie jestem z tych, co uciekają – odparł mu hardo Jeremy. – Podjąłem decyzję.
Dowódca gnolli wstrzymał oddech czekając na słowa, które miały paść.
- Oddam wam przesyłkę. Cokolwiek w niej jest, nie jest tego warte. – Wskazał na ciała stworzeń zaściełające wielką jaskinię.
- Dziękuję – rzekł półgnoll i skłonił głowę.
Jeremy podał mu plecak. Mieszaniec otworzył go sprawnie i wyciągnął pakunek. Była to zwykła szara koperta z wypisanym imieniem maga. Półgnoll przyglądał się jej przez chwilę, ale nie otworzył. Spojrzał wprost na Kuriera, wyciągając porośniętą futrem dłoń.
- Mikke. – Przedstawił się.
Krasnolud bez wahania ją uścisnął.
- Jeremy.
Uśmiechnęli się do siebie.
- Pora z tym skończyć, Jeremy – rzekł Mikke.
- Jak najszybciej.
Mieszaniec wyszedł z ukrycia. Na jego widok, pozostałe przy życiu gnolle przestały atakować. Odsunęły się pod ściany groty.
- Alister – zaczął. – Mam przesyłkę dla ciebie.
Szedł w stronę maga wymachując kopertą.
- Jak? To niemożliwe! On nie mógł tego zrobić! Nie wolno mu! – Wyrzucał z siebie rozwścieczony napastnik, wskazując na Kuriera.
- Może tak, a może nie – odparł spokojnym głosem Mikke. – Sprawdzimy, co jest w środku?
- NIE! – Czarownik krzyknął przerażony. Podbiegł do półgnolla chcąc wyrwać mu kopertę z ręki nim zostanie otwarta.
Nie udało mu się to. Jednym, mocnym uderzeniem Mikke powalił go na ziemię. Stanął nad nim przytrzymując go nogą.
- Zapomniałeś o czymś, Alister. Dałeś mi wielkie możliwości przemieniając mnie – wycedził. – Chłopcy, przytrzymajcie naszego nieproszonego gościa.
Natychmiast do leżącego człowieka podbiegły gnolle. Jedne usiadły mu na piersi, inne trzymały go za ręce i nogi, a jeszcze inne stały nad głową maga i warczały gotowe w każdej chwili rzucić mu się do gardła.
- Proszę cię, Mikke. Nie otwieraj tego – wyjęczał zdjęty strachem.
- Nie? A dlaczego? Czego tak się boisz, Alister?
- Nie rób tego… daruj mi… proszę… - wyszeptał.
- Darować ci? – Półgnoll zbliżył swoją twarz do jego. – Przypatrz się, co mi uczyniłeś. Przypatrz się dobrze. A potem zapytaj sam siebie, czy powinienem ci darować to, co mi zrobiłeś i to jak skrzywdziłeś ich. – Wskazał na gnolle stojące pod ścianami groty. – Powinienem?
Mag zamknął oczy. Pot zrosił mu czoło. Oddychał coraz ciężej. Nic nie odpowiedział.
- Sprawdźmy, czemu tak się boisz tej małej, szarej koperty.
Mieszaniec jednym zwinnym ruchem pazura otworzył kopertę. Wypadła z niej złożona na pół kartka. Podniósł ją i przeczytał: „Twoja kolej, Alister.”
Kiedy tylko wybrzmiały te słowa w grocie zrobiło się nieprzyjemnie ciemno. Ognisko przygasło i teraz ledwo się żarzyło. Zapadła nieprzenikniona cisza. Nikt nie ośmielił się nawet głośniej odetchnąć.
Jeremy spoglądał wokół. W powietrzu czuć było grozę i coś jeszcze, coś, co czasem odczuwał przebywając w biurze szefa. Nie potrafił jednak tego nazwać. Wiedział jedynie, że nie jest to nic dobrego.
Przez jaskinię przemknął podmuch wiatru. Podniósł się kurz a z niego wyłoniła się piękna brunetka w skórzanej kurtce i ciemnych okularach. Dłoń w rękawiczce trzymała najprawdziwszy pistolet.
- Cześć, chłopcy – rzuciła lekkim tonem. – Który to Alister? – Rozglądała się dokoła.
Mikke wpatrywał się w nią osłupiały.
- Kkk… kim jesteś? – wydusił z siebie.
Podeszła do niego.
- A jak myślisz – wyszeptała wprost do ucha – Mikke?
Półgnoll ledwo oddychał.
- Spokojnie. – Klepnęła go w ramię. – Ja po czarownika.
Wtedy Jeremy zrozumiał, kim była ta kobieta.
- Śmierć – szepnął. Natychmiast zwróciła na niego uwagę.
- Ho, ho. Ktoś widzę mnie tu kojarzy. – Otaksowała go spojrzeniem a potem rzuciła okiem na kartkę, którą trzymał Mikke. – I coś mi się zdaje, że ten ktoś złamał regulamin Prywatnych Kurierów Działu Życie. Nie ładnie. To się szef nie ucieszy, Jeremy.
Krasnolud przeraził się nie na żarty. Przełknął nerwowo ślinę.
- Ja wszystko wyjaśnię…
- Dobra, dobra – przerwała mu machając ręką, jakby odganiała muchę. – Ja tu nie jestem od słuchania, tylko od… Wiadomo, czego.
Uśmiechnęła się słodko. Zbliżyła się do Alistera. Gnolle natychmiast uciekły od niego.
- No, no. Kogóż to moje piękne oczy widzą. Ładnie to tak ukrywać się przede mną?
Kucnęła obok niego i dźgnęła lufą pistoletu między żebra.
- Wcale się nie ukrywałem – powiedział z trudem Alister. – Jakoś się tak po prostu złożyło…
- Złożyło? Ty chyba sobie żartujesz, co? Już ładnych parę lat cię szukam, wiesz? I naprawdę nie wiem, jak ci się udało uniknąć tych wszystkich przesyłek z Działu Życie. Przecież do ciebie dotarły, prawda?
Spojrzała na niego zza ciemnych okularów. Jej wzrok świdrował go na wylot.
- Gadaj! Ale to już – wycedziła.
- Spaliłem je – wyznał po dłuższej chwili. – Nawet ich nie otwierałem. Od razu wrzucałem do ognia.
- Taka spryciula z ciebie, co? Ale powiem ci jedno, Alister. Z tymi gnollami, co mi ich dawałeś w ofierze to ostro przegiąłeś. Kto ci dał prawo decydować o czyjeś śmierci, co? Kto?
Lufa broni ponownie znalazła się miedzy jego żebrami wciskając się coraz mocniej.
- A ty możesz? Tak?! – zacietrzewił się mag. – Tobie wolno?!
- Wolno, nie wolno… Filozof mi się trafił, cholera jasna – westchnęła. – Jeśli myślisz, że za to, co zrobiłeś, kupiłeś sobie więcej czasu tu, na ziemi, to się grubo mylisz. Każdy ma swój czas a twoje uczynki tylko przyśpieszyły jego koniec.
Wyprostowała się.
- Już czas, Alister – powiedziała bez cienia emocji w głosie.
- Nie! Proszę cię, nie rób tego…
Błaganie maga na nic się nie zdało. Kobieta w mgnieniu oka wyprostowała rękę i pociągnęła za spust. Wystarczył jeden celny strzał. W jaskini zapadła cisza. Grobowa cisza.
- A teraz – zaczęła odwracając się – musimy pogadać, Jeremy.
- Ja nic nie zrobiłem. Nie mogłem patrzeć na to, co robił tym biednym stworzeniom – bronił się krasnolud posuwając się do tyłu. W końcu przywarł plecami do ściany.
- Cóż, nie dziwi mnie wcale twoja decyzja. Ale regulamin, to regulamin. A regulaminy są po to, żeby ich przestrzegać. Albo łamać… Nie wiem. Nieważne. Regulamin to regulamin. Koniec i kropka.
- Oszczędź go, proszę – wstawił się za nim Mikke.
- Przykro mi, półgnollu, ale w tej materii niewiele mogę zrobić.
- Weź moje życie zamiast jego.
Kobieta spojrzała na niego unosząc brwi ze zdziwienia.
- No, no, pozazdrościć takich kumpli, Jeremy – rzuciła do krasnoluda. – Niestety, Mikke to nie twój czas.
Ominęła mieszańca i zbliżała się nieubłaganie do Kuriera. Nikt jej nie zatrzymywał. Jej zdecydowany krok świadczył o sile, która w niej drzemała.
Nagle coś zaczęło dzwonić. Melodia zespołu Bee Gees „Stayin’ alive” dochodziła z kieszeni kurtki kobiety.
- Wybaczcie, to z biura. Muszę odebrać.
Wyciągnęła komórkę i słuchała przez kilka chwil. Mruczała co jakiś czas w odpowiedzi. Wszyscy bacznie ją obserwowali.
- Dzięki za przypomnienie – rzuciła w słuchawkę na koniec rozmowy. - Takie tam, sprawy zawodowe – wyjaśniła. – Na czym to stanęliśmy… ach tak!
Wycelowała pistolet wprost w czoło Jeremiego.
- Proszę, nie… jeszcze nie teraz…
Bip, bip, bip. Rozległ się alarm zegarka.
- Co znowu – mruknęła kobieta. – Nie dadzą spokojnie pracować. Co za czasy, co za czasy… W Średniowieczu było znacznie łatwiej. Raz, dwa i po sprawie. Nikt nie przeszkadzał. A teraz cała ta technologia…- Spojrzała na tarczę zegarka. – O kurde…
- Coś się stało? – zapytał nieśmiało Jeremy.
- Wygląda na to, że masz dziś szczęście, Jeremy. – Opuściła pistolet. – Dziś piątek trzynastego, a ja nie pracuję w piątki trzynastego.
Nie rozumiał. Nie bardzo wiedział, co do niego mówi i co to dla niego ma znaczyć.
- Zawsze to samo – westchnęła widząc jego minę. – To znaczy, że jesteś wolny. Idź i żyj zanim się rozmyślę i złamię swoją kardynalną zasadę: nigdy nie zabijaj w piątek trzynastego, bo to przynosi pecha.
Krasnolud stał osłupiały.
- To Śmierć ma jakieś zasady? – zapytał równie zdziwiony Mikke.
- No jasne. Jak każda grupa zawodowa – odpowiedziała mu i schowała pistolet do kabury schowanej pod kurtką. – Na mnie już pora. Pa, robaczki.
Pomachała na do widzenia i zniknęła w ciemnym obłoku. W grocie z powrotem żywym blaskiem rozbłysło ognisko.
- A gdzie być ciało? – zapytał Snark po chwili.
Spojrzeli w miejsce, gdzie leżały zwłoki Alistera. Znaleźli tylko jego ubrania. Obok nich pojawiła się natomiast duża, drewniana skrzynia ze zwisającą na parcianym sznurku karteczką. Gnolle podeszły bliżej.
- Co to być? – spytał Snark, wskazując na kontener.
- Nie mam bladego pojęcia – odparł półgnoll.
Przepchał się przez małe stado swoich pobratymców. Złapał wiszącą karteczkę. Na jednej stronie wypisane czarnym atramentem było jego imię.
- Hm… - zamyślił się i odwrócił kawałek papieru. Napis na odwrocie odczytał na głos. – W ramach zadośćuczynienia.
Zerknął na krasnoluda. Ten tylko wzruszył ramionami. Nie miał zielonego pojęcia, o co może chodzi z tą skrzynią.
Gnolle chodziły wokół niej i węszyły nieustannie. Ze środka dochodziły stłumione piski.
- Otwórzcie! – Rozkazał Mikke.
Snark kiwnął głową i wraz z dwójką innych stworzeń zabrał się do otwierania przesyłki. Po kilku mocnych szarpnięciach deski puściły. Ze środka kontenera wyszło ostrożnie kilkunastu wystraszonych gnolli. Były to te same stworzenia, które umęczył Alister. Natychmiast znalazły się w objęciach krewniaków.
Półgnoll i Jeremy stali zszokowani. Nie wiedzieli, co o tym myśleć i jak to w ogóle było możliwe. Stwory te zginęły przecież z ręki maga.
Mały gnoll podszedł cichutko do Mikke. Pociągnął go za rękaw płaszcza i podał kopertę zaadresowaną tym razem również do krasnoluda. Szczeniak uciekł z powrotem w tłum a oni spojrzeli po sobie.
- Kolejna przesyłka – mruknął Jeremy. Ostrożnie wziął ją z rąk mieszańca i drżącymi dłońmi otworzył, po czym wyciągnął zawartość.
- P.S. Lubię historie z happy endem. Poza tym równowaga w przyrodzie to rzecz święta. Do zobaczenia. Ś. – Odczytał a jego głos już po chwili utonął wśród radosnych szczeknięć i chichotów gnolli.

Komentarze