Przejdź do głównej zawartości

Celujemy

A po co? A na co?

Powiedziano mi, że warto, aby blog miał swój cel, żeby czytelnicy wiedzieli po co to wszystko. Na pewno mogę napisać czym ten projekt nie będzie. Raczej nie znajdziecie tutaj typowych recenzji albo wykładów na tematy różne, ponieważ takich blogów i miejsc jest dość dużo i prowadzą je często osoby, które robią swoją robotę znacznie lepiej niż ja. Stawiam na luźne podejście do tematyki około fantastycznej i nie tylko. Takie pisanie bez spiny, bez zadęcia. Może dodatkowo pojawi się tutaj kilka małych podprojektów, ale to się jeszcze okaże. Cel jest jeden: radośnie ująć to, co się ma w głowie i ucieszyć tym kogoś. Wszystkie teksty są mojego autorstwa, chyba, że zaznaczono inaczej, stąd wszelkie niedociągnięcia to mea culpa, mea maxima culpa. Strona może ulegać jeszcze niewielkim przeobrażeniom w trakcie transmisji 😉

#34

W telewizji nieśmiało zaczyna się sezon ogórkowy, co wyraźnie oznacza, że idą wakacje szkolne a w szklanym ekranie korowód powtórek. Z jednej strony źle, bo dobrze by było złapać trochę nowości, a z drugiej można obejrzeć coś, co się przegapiło lub kolejny raz zachwycić się jakimś filmem czy serialem. Tym razem będzie to jak najbardziej zasłużony zachwyt. Bo inaczej o komediach z Louisem de Funes raczej nie można się wypowiedzieć.

Przygody Rabina Jakuba/źródło: www.imdb.com

Myślę, że niemal każdy kojarzy tego francuskiego aktora głównie z roli specyficznego żandarma z miejscowości wypoczynkowej Saint-Tropez. Warto jednak wiedzieć, że udzielał się również w teatrze, grając i reżyserując. A prywatnie był zapalonym ogrodnikiem i udało mu się wyhodować różę o pomarańczowych płatkach, którą nazwano później na jego cześć.
Ciekawostką jest też, że w większości filmów żonę aktora gra ta sama aktorka Claude Gensac a czasem pojawia się też syn Louisa – Olivier.

Louis i Oliver/źródło: Wikipedia

Louis i Claude/źródło: www.imdb.com

I tak w związku z sezonem ogórkowym, zdarzyło mi się ostatnio oglądać po raz któryś film z udziałem tego wybitnego aktora, zatytułowany Człowiek orkiestra. Główna postać dramatu (de Funes) jest kierownikiem/choreografem grupy tancerek, z którymi wyrusza na tournee. Reżim jaki wprowadza w zespole jest z pogranicza zakonu i fitakcji w wersji premium. Zero objadania się, zero obijania się a przede wszystkim... zero facetów/mężów/kochanków. I tutaj robi się wyrwa w murze 😉 To, co się dzieje w wyniku splotu różnych przezabawnych wydarzeń jest warte obejrzenia i mnie osobiście bawi tak samo za każdym razem 😊
Nie ma co się oszukiwać, że gwiazdą filmu jest de Funes. Z jego charyzmą, poczuciem humoru, grą aktorską cała historia nabiera niezłych odjechanych barw. Może i jego bohater jest trochę despotyczny, szczególnie traktując tancerki z zespołu dość ostro, ale nie brak mu przy tym uroku i widać, że na swój sposób opiekuje się dziewczynami.
Właśnie dzięki niemu zrobiłam małą rewizję tego, co dziś czasem serwują nam w kinach w dziedzinie komedii, i dochodzę do wniosku, że takich komedii jak z Louisem de Funes już nie robią. Takich aktorów jak on bardzo brakuje. Bo czy wielu z nich potrafiłoby tak opowiedzieć bajkę na dobranoc?

Sezon ogórkowy w telewizji może i męczy, ale pozwala nam czasem wrócić do tych perełek kinematografii i po raz kolejny daje szansę uśmiechnąć się 😊


Komentarze