Co czyni nas szczęśliwymi? Co daje nam taką prawdziwą radość? Co podnosi nam poziom dopaminy we krwi? Jedni powiedzą, że ludzie, drudzy, że podróże a jeszcze inni, że nowe rzeczy, sukcesy (bo porażki to cieszą tylko naszych wrogów😐)... Każdy będzie miał rację, ponieważ dla każdego szczęście wygląda inaczej a jego definicja przybiera rozmaitą formę.
Mówi się też, że pieniądze szczęścia nie dają, ale przecież to dzięki nim można sprawić komuś niespodziankę. Zawsze jak nieoczekiwanie robiłam takie prezenty (przypomina mi się pewna piłka ze Sponge Bobem, która zdecydowanie podniosła humor na plus 😊), mówiłam, że daję, bo mogę dać i to jest fajne. I to jest coś, co dzięki funduszom można robić. Czasem pierdoła, a zrobi taki pozytywny zamęt, że wiadomo, że było warto 😎
Jedną z rzeczy, które dają nam czyste zadowolenie, olbrzymią dawkę pozytywnej dopaminy (oprócz czekolady 😂) i dzikiej radochy, są nasz pasje. Jak mawiała moja Babcia: tyn to mo ptoka na tym punkcie. I te wszystkie nasze
ptoki są różne, różniste. Przyznam się, że czasem zainteresowania innych osób są dla mnie niezrozumiałe, bo nie wszystko musi nas tak samo pociągać, ale szanuję wszystkie pozytywne pasje. Nie muszę rozumieć wszystkiego tylko wspierać i cieszyć się, że to ich cieszy 😃 Proste, nie? I to wsparcie, to chyba klucz do sukcesu.
I tak potem wychodzi, że jedna osoba lubi się męczyć z Chodakowską, druga uwielbia biegać czy jeździć na rowerze to tu, to tam. Kolejna ubóstwia muzykę, a następna z kolei góry (to zamiłowanie podzielam w całej rozciągłości, chociaż ze mnie raczej stworzenie niskopienne 😉) Mnie natomiast, oprócz książek, pisania, gór, języka włoskiego i kilku innych rzeczy; kręcą... motocykle. Stąd w zimie cierpię strasznie na niedobór witaminy M, a potem ślinię się jak pies Pawłowa na dźwięki motocyklowe. Taki los 😉
Trafiło mnie to jak piorun z jasnego nieba i to już dość dawno, bo miałam chyba z pięć czy sześć lat, kiedy urzekł mnie pierwszy motocykl. I zawsze, nieustannie te motocykle za mną chodziły (czy może jeździły). Nie wyleczyłam się z tego aż do teraz. Może trochę na przekór niektórym, szczególnie tym, co myśleli, że to takie coś, co mi przejdzie. Nie przeszło. I dobrze 😃
Pamiętam jak moja kumpela nie potrafiła tak do końca zrozumieć tej, nie bójmy się tego słowa, namiętności. Powiedziała, że owszem wsiądzie ze mną na motocykl jako plecaczek (w żargonie motocyklowym oznacza pasażera/pasażerkę), ale jedną ręką będzie się mnie trzymać a w drugiej różaniec 😂 Zrozumiała moją pasję lepiej, kiedy mąż stał się zmotocyklizowany 😉 Bywa czasem i tak.
Musiałam, z różnych względów, dość mocno wyczekać się na pierwszy motocykl (Czarna Hondzia 💗) i powalczyć ostro na egzaminie - zdawałam cztery razy, bo maszyna była o pięć centymetrów za wysoka i komfort jazdy przy wzroście hobbita był taki se. Jednak, kiedy się udało, kiedy wsiadłam już na moją Hondzię, wiedziałam, że to jest właśnie to. Może to zabrzmi dziwnie, chociaż dla tych, co mają swoje pasje pewnie nie, ale za każdym razem, kiedy wsiadam na motocykl, ważny kawałek mnie wskakuje na swoje miejsce. W pewien sposób jestem kompletna. Jazda na motocyklu to czysta radość. Jak wyjeżdżam z garażu czuję się jakbym była Batmanem wyruszającym ze swojej jaskini he he I mimo tego, że podróżowanie po polskich drogach przypomina ostatnimi czasy walkę o przetrwanie, uwielbiam moje moto. Tu nie ma opcji, żeby myśleć o pierdołach. Liczy się tylko tu i teraz. Na tym trzeba się skupić, przewidując zawsze ruchy przeciwnika oczywiście.
Takiego to mam
ptoka, co mi pozytywnie podnosi ciśnienie i daje olbrzymią radość. I takich pasji trzeba szukać, bo życie to nie tylko kierat praca/szkoła-dom i tak w kółko. Trzeba nam zawsze mieć jakąś odskocznię, żeby nabrać ogromną garść dobrych witamin i energii na kolejne życiowe zmagania. Więc nie wstydźmy się swoich pasji, bo one nas tylko ubogacają.
*Idealnie by było jakby za te pasje nam jeszcze dobrze płacili, ale może kiedyś... kto, to wie 😉
Komentarze
Prześlij komentarz
Chcemy tylko kulturalnych komentarzy!