Przejdź do głównej zawartości

Celujemy

A po co? A na co?

Powiedziano mi, że warto, aby blog miał swój cel, żeby czytelnicy wiedzieli po co to wszystko. Na pewno mogę napisać czym ten projekt nie będzie. Raczej nie znajdziecie tutaj typowych recenzji albo wykładów na tematy różne, ponieważ takich blogów i miejsc jest dość dużo i prowadzą je często osoby, które robią swoją robotę znacznie lepiej niż ja. Stawiam na luźne podejście do tematyki około fantastycznej i nie tylko. Takie pisanie bez spiny, bez zadęcia. Może dodatkowo pojawi się tutaj kilka małych podprojektów, ale to się jeszcze okaże. Cel jest jeden: radośnie ująć to, co się ma w głowie i ucieszyć tym kogoś. Wszystkie teksty są mojego autorstwa, chyba, że zaznaczono inaczej, stąd wszelkie niedociągnięcia to mea culpa, mea maxima culpa. Strona może ulegać jeszcze niewielkim przeobrażeniom w trakcie transmisji 😉

#28

Każdy zapewne pamięta, tak mniej więcej, swoją pierwszą książkę, czy to przeczytaną samodzielnie, czy przeczytaną nam przez kogoś, kiedy byliśmy dziećmi. Najczęściej pamięta się nie historię, ale przede wszystkim odczucia. I nie ma się co oszukiwać, ta tendencja trwa również w wieku późniejszym.
U mnie status tej pierwszej mogę przypisać kilku książkom, ponieważ to one mnie oczarowały i zapadły nie tylko w pamięć, ale i w serce. A były też i takie, po których miało się ostre dziecinne traumy, ale no cóż... bywa i tak 😉

Za czytanie dzieciom, u mnie w domu, zawsze zabierała się mama (cytując w wersji włoskiej Matkę Gertrudę z Zaplątanych: Bella dramma senza mamma, czyli bez mamy niezły dramat i coś w tym jest😉). Mieliśmy, wciąż mamy, olbrzymie wydanie W pustyni i w puszczy Sienkiewicza z ilustracjami. Siadaliśmy obok Mamuni i był wtedy czas bajki na dobranoc. I teraz tak sobie myślę, że może właśnie przez W pustyni i w puszczy tak lubię Sienkiewicza, którego Trylogię przeczytałam już w podstawówce, i do której mam ogromny sentyment. Szczególnie do postaci Małego Rycerza Wołodyjowskiego 😄






Kolejną książką, jaką pamiętam jest Urwis Packo autorstwa Rudo Moric. Jest to opowieść o szopie praczu mieszkającym w zoo, który oficjalnie ma na imię Miki, ale dzieciaki nazywają go Packo Ladacko. Pewnego razu klatka familiji Packa jest zostawiona otwarta i Ladacko wyrusza w świat. Ryczałam jak bóbr (lepiej by pasowało jak mały szop pracz, ale jednak bóbr), kiedy się Packo zgubił, a później, kiedy po swoich przygodach się odnalazł. Podobne historie przeżywałam z Rogasiem z Doliny Roztoki. Może to się nie wydawać oczywiste i może tego nie widać, ale nie jestem zupełnie nieczułym stworzeniem i nawet do teraz niektóre historie mnie zwyczajnie poruszają. Ale to dobrze, bo książki powinny coś z nami zrobić, wywołać jakąś reakcję, uczyć wrażliwości.


Pamiętam też swojego pierwszego audiobooka! Teraz podchodzę do nich jak pies do jeża, bo się boję, że albo się za bardzo zasłucham i nic więcej nie zrobię (albo wjadę w drzewo z tego zamyślenia w samochodzie 😉), albo przeleci to przeze mnie jak stado czarownic na Łysą Górę 😂 W każdym razie, wracając do tematu (torniamo a bomba!), pierwszą historią w formie audio była Calineczka odtwarzana do porzygu, że aż się taśma magnetofonowa zerwała (podobna historia spotkała kasetę video z bajkami o Scooby doo).
Potem przyszła pora na nieśmiertelnego i najlepszego misia na świecie, czyli... Kubusia Puchatka 😃 (nadmienić muszę, że mnie zauroczył Tygrysek), Braci lwie serce, Czarne stopy (tak się zaczytałam, że prawie zapomniałam o wodzie wlewającej się do wanny na wieczorną kąpiel) i inne książki czytane z konieczności, bo lektury szkolne lub z przyjemności, bo wybierane przeze mnie w bibliotece.
Spoglądając na to po latach cieszę się bardzo, że znalazł się ktoś, kto pokazał mi, że czytanie to fajna i mądra zabawa. Teraz czas chyba na mnie pokazać innym, że czytanie jest trendy, ale nie dlatego, że fajnie se strzelić fotkę z książką i wrzucić na Insta, Fejsa czy inne coś, ale przez to, że czytanie zawsze nas ubogaca. Nawet jeśli czytamy jakieś koszmarki literackie, bo i wtedy dowiadujemy się, że coś nie jest zwyczajnie dla nas.
Zatem: do lektury, marsz!

Komentarze

  1. O tak, pierwsze książki: aż łza w oku... Ta najpierwsza moja własna to wierszyki Ewy Szelburg Zarembiny ("Idzie niebo ciemną nocą ..."). A wcześniej była taka seria "Poczytaj mi mamo", ciężko było dostać, bo i czasy dawne, zgrzebne i smutne. Potem już w wieku podlotkowym młodszym (10 - 12 lat) cała seria o Ani z Zielonego Wzgórza. A ze dwa lata później odkryłam Kraszewskiego Dzieje Polski. Było tego ze trzydzieści, od "Starej Baśni" poczynając... A potem przyszła kolej na literaturę w językach romańskich, znowu był czas na emocje lektur najpierwszych, eh... chyba czas nauczyć się nowego języka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nauka nowego języka zawsze nam też pokazuje to samo dzieło literackie, ale jednak nieco inaczej, co pozwala znowu znaleźć w nim coś nowego :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Chcemy tylko kulturalnych komentarzy!