Każdy zapewne pamięta, tak mniej więcej, swoją pierwszą książkę, czy to przeczytaną samodzielnie, czy przeczytaną nam przez kogoś, kiedy byliśmy dziećmi. Najczęściej pamięta się nie historię, ale przede wszystkim odczucia. I nie ma się co oszukiwać, ta tendencja trwa również w wieku późniejszym.
U mnie status tej pierwszej mogę przypisać kilku książkom, ponieważ to one mnie oczarowały i zapadły nie tylko w pamięć, ale i w serce. A były też i takie, po których miało się ostre dziecinne traumy, ale no cóż... bywa i tak 😉
Za czytanie dzieciom, u mnie w domu, zawsze zabierała się mama (cytując w wersji włoskiej Matkę Gertrudę z Zaplątanych: Bella dramma senza mamma, czyli bez mamy niezły dramat i coś w tym jest😉). Mieliśmy, wciąż mamy, olbrzymie wydanie W pustyni i w puszczy Sienkiewicza z ilustracjami. Siadaliśmy obok Mamuni i był wtedy czas bajki na dobranoc. I teraz tak sobie myślę, że może właśnie przez W pustyni i w puszczy tak lubię Sienkiewicza, którego Trylogię przeczytałam już w podstawówce, i do której mam ogromny sentyment. Szczególnie do postaci Małego Rycerza Wołodyjowskiego 😄





Kolejną książką, jaką pamiętam jest Urwis Packo autorstwa Rudo Moric. Jest to opowieść o szopie praczu mieszkającym w zoo, który oficjalnie ma na imię Miki, ale dzieciaki nazywają go Packo Ladacko. Pewnego razu klatka familiji Packa jest zostawiona otwarta i Ladacko wyrusza w świat. Ryczałam jak bóbr (lepiej by pasowało jak mały szop pracz, ale jednak bóbr), kiedy się Packo zgubił, a później, kiedy po swoich przygodach się odnalazł. Podobne historie przeżywałam z Rogasiem z Doliny Roztoki. Może to się nie wydawać oczywiste i może tego nie widać, ale nie jestem zupełnie nieczułym stworzeniem i nawet do teraz niektóre historie mnie zwyczajnie poruszają. Ale to dobrze, bo książki powinny coś z nami zrobić, wywołać jakąś reakcję, uczyć wrażliwości.

Pamiętam też swojego pierwszego audiobooka! Teraz podchodzę do nich jak pies do jeża, bo się boję, że albo się za bardzo zasłucham i nic więcej nie zrobię (albo wjadę w drzewo z tego zamyślenia w samochodzie 😉), albo przeleci to przeze mnie jak stado czarownic na Łysą Górę 😂 W każdym razie, wracając do tematu (torniamo a bomba!), pierwszą historią w formie audio była Calineczka odtwarzana do porzygu, że aż się taśma magnetofonowa zerwała (podobna historia spotkała kasetę video z bajkami o Scooby doo).
Potem przyszła pora na nieśmiertelnego i najlepszego misia na świecie, czyli... Kubusia Puchatka 😃 (nadmienić muszę, że mnie zauroczył Tygrysek), Braci lwie serce, Czarne stopy (tak się zaczytałam, że prawie zapomniałam o wodzie wlewającej się do wanny na wieczorną kąpiel) i inne książki czytane z konieczności, bo lektury szkolne lub z przyjemności, bo wybierane przeze mnie w bibliotece.
Spoglądając na to po latach cieszę się bardzo, że znalazł się ktoś, kto pokazał mi, że czytanie to fajna i mądra zabawa. Teraz czas chyba na mnie pokazać innym, że czytanie jest trendy, ale nie dlatego, że fajnie se strzelić fotkę z książką i wrzucić na Insta, Fejsa czy inne coś, ale przez to, że czytanie zawsze nas ubogaca. Nawet jeśli czytamy jakieś koszmarki literackie, bo i wtedy dowiadujemy się, że coś nie jest zwyczajnie dla nas.
Zatem: do lektury, marsz!
O tak, pierwsze książki: aż łza w oku... Ta najpierwsza moja własna to wierszyki Ewy Szelburg Zarembiny ("Idzie niebo ciemną nocą ..."). A wcześniej była taka seria "Poczytaj mi mamo", ciężko było dostać, bo i czasy dawne, zgrzebne i smutne. Potem już w wieku podlotkowym młodszym (10 - 12 lat) cała seria o Ani z Zielonego Wzgórza. A ze dwa lata później odkryłam Kraszewskiego Dzieje Polski. Było tego ze trzydzieści, od "Starej Baśni" poczynając... A potem przyszła kolej na literaturę w językach romańskich, znowu był czas na emocje lektur najpierwszych, eh... chyba czas nauczyć się nowego języka :)
OdpowiedzUsuńNauka nowego języka zawsze nam też pokazuje to samo dzieło literackie, ale jednak nieco inaczej, co pozwala znowu znaleźć w nim coś nowego :)
Usuń