Syreny alarmowe wyły od dobrych kilku minut. Nie dało się ich dłużej ignorować. Tak samo, jak i wezwania płynącego przez głośniki:– Planeta El wzywa. Rozpoczęto ewakuację. Czas wstawać Harry!
– Matka, daj żyć! – odkrzyknąłem w odpowiedzi do statku. Do Matki.
– Do roboty, chłopcze!
Moje łóżko przechyliło się niemalże do pozycji pionowej, zmuszając mnie
do pobudki.
– Powiedziałem ci, żebyś tak nigdy nie robiła! – wygrażałem Matce, zbierając się z podłogi. – To, że nie jestem w pełni człowiekiem, nie znaczy, że możesz mnie tak traktować!
– Tak, mój panie – odparła drwiąco. Sztuczna inteligencja statku była nad wyraz złożona i rozwinięta. Ciekawe komu powinienem za to podziękować.
– Ile mamy czasu, nim dolecimy do El? – rzuciłem w przestrzeń kabiny. Matka zawsze czuwała, więc zawsze mogłem liczyć na odpowiedź. No dobra, prawie zawsze. Pomijam te dni, kiedy SI była humorzasta i obrażona na mnie o nie wiem dokładnie co. Wtedy mogłem zapomnieć o jakiejkolwiek pomocy z jej strony.
– Z obliczeń wynika, że jeśli utrzymamy obecną prędkość, dotrzemy tam za pół godziny.
– Uhm... – mruknąłem w odpowiedzi. – Kiedy zostało wysłane wezwanie? – Niestety, ale dotarło do nas z dużym opóźnieniem…
– Kiedy – powiedziałem twardo.
– Wiadomość z El jest sprzed tygodnia.
– Tygodnia?! Wiesz czym to grozi?!
– Wiem, Harry – odparła poważnie. – Niestety nie mamy wyjścia.
– Jak zwykle... – westchnąłem. – Idę się szykować na bóstwo w takim razie. Pilnuj drogi, Matka.
Otworzyłem szafkę wkurzony, że wezwanie dotarło tak późno. Kiedy planeta ulega destrukcji, każdy dzień, a nawet godzina ma wtedy ogromne znaczenie. Od tego zależy, ile pracy będę musiał włożyć, żeby odnowić dany świat. No i ile będzie do sprzątania… Do teraz śnią mi się niektóre wyprawy. Ilością zgnilizny, trupów i zniszczeń jakie widziałem, mógłbym spokojnie obdzielić wiele istnień we wszechświecie. Na samą myśl przechodziły mnie dreszcze.
Przejrzałem zawartość szafy. Do wyboru miałem albo szary skafander bojowy, albo… szary skafander bojowy. Postanowiłem pójść w klasykę – wybrałem szary mundur i zielony podkoszulek. Niech powieje chłodnym optymizmem. Do tego buty do kompletu na porządnej podeszwie, która potrafiła wytrzymać niemal każde warunki, łącznie z bardzo wysoką temperaturą i kwasami. Skafander bojowy wyglądał jak zbroja. Miał wiele wzmocnionych części, które chroniły mnie nie tylko w razie upadku, ale nawet w przypadku postrzału z broni wielkokalibrowej, czy głębokiego cięcia ostrzem. Hełm od kompletu postanowiłem zostawić w szafie. El miała przyjazne środowisko, a poza tym i tak byłem w większości odporny
na różnego rodzaju mieszanki gazów w powietrzu.
Z zamkniętej skrzyni, stojącej w nogach łóżka, które zdążyło wrócić do normalnej pozycji horyzontalnej, wyciągnąłem standardowy karabin. Przewiesiłem go przez ramię, a na plecy wrzuciłem pochwę z mieczem. Tak. Z mieczem. W świecie, gdzie magia i technika powinny istnieć w symbiozie, szale tej kruchej równowagi mogą się w każdej chwili przechylić na którąkolwiek ze stron i wtedy co by mnie czekało na planecie, gdzie mój technicznie zaawansowany karabin nie działa? Stąd miecz. Uratował mi życie już nie jeden raz i nie zamierzałem z niego rezygnować.
Kilkanaście minut od pobudki byłem gotowy do zadania. Wychodząc do głównego korytarza statku, prowadzącego do jego serca, przystanąłem na chwilę i spojrzałem na swoje odbicie w lustrze, wiszącym zaraz nad umywalką. Szare oczy, niedbały zarost na mocnej szczęce oraz siwiejące powoli włosy nieźle się komponowały z mundurem. Nadawały mi sympatycznie niegroźny wygląd o jaki chodziło moim twórcom. Chcieli, żebym był tak ludzki jak to tylko możliwe i jeśli brać pod uwagę spojrzenia kobiet jakimi mnie czasem obdarzały podczas krótkich przystanków na regenerację i zgromadzenie zapasów, chyba im się to udało.
Wszedłem do punktu dowodzenia statku, składającego się z fotela głównego pilota, czyli mnie oraz kokpitu sterowniczego z masą przycisków i różnego rodzaju dźwigni. Cały statek był dosyć nowym obiektem o skromnych rozmiarach. Potrafił się przemieszczać z dużą prędkością jak na tak małą jednostkę a do tego miał bardzo niskie zużycie paliwa,
co sprawiało, że dość rzadko byłem zmuszony na jakiekolwiek przystanki na trasie. Jego kształt przypominający orła, pomagał robić odpowiednio groźne wrażenie na potencjalnych przeciwnikach. W dodatku był tak naszpikowany technologią, że praktycznie bezobsługowy. No i do tego Matka. Niezawodna SI.
Spojrzałem w ogromną panoramiczną szybę wprost w przestwór wszechświata. Ogromna czerń z milionami świecących punkcików, które mogły być wszystkim od statku począwszy na planecie skończywszy. Każda z tych świecących kropeczek miała nieskończenie wiele możliwości. Zazdrościłem im po cichu. Mi nie przedstawiono żadnych opcji. Byłem tym, czym mnie stworzono. Robiłem to, do czego mnie stworzono… Nigdy mi się ten bezmiar życia w różnej postaci nie znudzi. Zachwyca mnie tak samo jak za pierwszym razem, kiedy dane mi było w niego spojrzeć. Szkoda, że tylko mnie. Wtedy nie miałbym tyle roboty ze światami na skraju destrukcji. Koloniści mogliby w końcu zrozumieć, że od równowagi świata naprawdę zależy ich życie. Nie zawsze będę w stanie to wszystko naprawić. Nawet moi twórcy chyba nie przewidzieli pomysłowości kolonistów na ogrom zniszczeń, jakich potrafią dokonać w bardzo krótkim czasie. A jestem tylko sam jeden, więc mogę kiedyś nie zdążyć albo zwyczajnie nie dać rady pomóc.
– Już sobie pokontemplowałeś przestrzeń, Harry? – zapytała Matka słodkim głosikiem. – Możemy wracać do pracy? El czeka na prawie człowieka.
– Ty to wiesz jak zepsuć chwilę, Matka.
– Za dziesięć minut będziemy w zasięgu planety.
– Ile mamy na liczniku po ostatnich akcjach?
– Siedemdziesiąt procent, chłopcze.
– Siedemdziesiąt?! Oby to wystarczyło, Matka, bo jak nie to chyba El zajmie pierwsze honorowe miejsce na liście światów, których nie dało się uratować.
– Czemu się martwisz, Harry. Do odnowy świata wystarczy połowa mocy.
– Do odnowy w miarę niezniszczonego świata, zaznacz. Poza tym to tylko teoria,
a wiesz jak jest w praktyce, Matka. No a tutaj wezwanie dotarło z opóźnieniem, więc ja bym dmuchał na zimne.
– Matka zawsze będzie z tobą, Harry – odparła poważnie.
– I gdyby nie ty, Matka, to bym pewnie już dawno tam zginął. Jak sytuacja
na powierzchni? Widać coś?
– Wrzucam przekaz z kamer centrum planetarnego na ekran główny.
Cudny przepastny wszechświat został przesłonięty obrazem wprost z El. Przerażenie nie pozwoliło mi się odezwać ani myśleć przez kilka chwil.
Pnącza dziko rosnącego powoju wytworzyły wokół budynku zieloną barierę, blokującą dostęp do centrum planetarnego. Na powierzchni leżały szczątki zwierząt oraz roślin, a wśród nich ciała kolonistów. Część z nich nie zachowała się w komplecie, co było ewidentnym sygnałem, że stało się tutaj coś nieprzyjemnego.
– Nie zapowiada się to na przechadzkę po parku, Matka. Oj nie...
Statek podchodził do lądowania nieopodal centrum planetarnego, kopulastego budynku służącego kolonistom za port lotniczy oraz szeroko pojęte centrum dowodzenia. Mało kto wiedział, że w podziemiach tych budynków zbudowane są przejścia, pozwalające dostać się do jądra planety. Magicznego jądra planety, które swoją moc czerpało z powierzchni globu, porastających go odpowiednich gatunków roślin, które z kolei były bardzo wrażliwe na wszelkie zachwiania równowagi magia-technika.
Lekko zatrzęsło pojazdem, kiedy usiadł na ziemi. Ogarnęło mnie złowrogie przeczucie. Postanowiłem, że trzeba sprawdzić kilka rzeczy, nim wyjdę w nieznane. Trzeba znać swojego wroga.
– Matka, zeskanuj wszystko w promieniu pięciu kilometrów. Użyj oczywiście zmiennych skanerów, nie tylko tych wykrywających ciepło – powiedziałem, przechodząc do niewielkiej ładowni. Stało tam kilka kontenerów z zapasami na czarną godzinę oraz z wielkokalibrową bronią. Też na bardzo czarną godzinę. – Lepiej mieć pewność, że nic mi tam nie odgryzie tyłka.
– Oczywiście, Harry. Bez tyłka nie mógłbyś robić takiej furory wśród pań.
– Ani robić kilku innych spraw wygodnie. Do roboty!
– Skanuję – odparła chłodno, ignorując zaczepkę.
Wyjrzałem przez niewielkie okienko wbudowane w poszycie statku. Nieopodal widziałem zarys centrum planetarnego. Było jeszcze na tyle jasno, zdążyliśmy przed zachodem słońc, że daleko na horyzoncie mogłem dostrzec majaczący obraz gór i przepastnych lasów, porastających El. To właśnie te lasy, dostarczające rzadkiego a bardzo trwałego drewna, były głównym zasobem planety. Rozglądałem się na tyle, na ile pozwalał mi na to mój punkt widokowy. Nie zauważyłem żadnego ruchu na powierzchni, ale też nie dostrzegałem większości budynków, jakie powinny standardowo zostać umieszczone wokół centrum planetarnego. Każdą kolonię zakładano w ten sam sposób, rozmieszczając zabudowania na tym samym planie. Tutaj odnosiło się wrażenie, że budynki jakby zniknęły lub zostały pochłonięte. Wolałem nie wiedzieć, co się tutaj dokładnie wydarzyło. Wystarczył mi skrót informacji przygotowany przez SI, opisujący wojnę o zasoby między kolonistami.
– Zawsze musi chodzić o jakąś wojnę… – westchnąłem akurat w momencie, kiedy Matka skończyła skan.
– Skanowanie zakończone. Lepiej będzie jak na to spojrzysz, Harry – poinformowała mnie SI wyraźnie zatroskanym głosem.
Podszedłem do panelu sterującego, znajdującego się zaraz przy klapie ładowni. Spojrzałem w niewielki ekranik, na którym Matka prezentowała wyniki swoich badań.
– Żadnych punktów cieplnych. Czyli albo wszyscy zdążyli się ewakuować, albo niekoniecznie… – skomentowałem.
– Czujniki nie zanotowały również żadnych wibracji na powierzchni planety – dodała SI. – Martwi mnie to – dodała i wrzuciła kolejne wyniki, które zmroziły mi krew w żyłach, czy co mi tam twórcy dali do środka.
Już wiedziałem, dlaczego nie ma w pobliżu kompletnie żadnych zabudowań oprócz samego centrum. Po ich pozostałościach w podłożu planety ziały ogromne dziury, z których wydobywały się niemal niewidoczne smugi dymu. Coś wchłonęło budynki wewnątrz ziemi…
– Zbadałaś jak daleko sięga ten lej?
– Tak. Ciągnie się aż na głębokość jądra planety.
– To niemożliwe...
– Niestety wszystko wskazuje na to, że jednak tak. Wiesz, co to oznacza, Harry?
– Taa… że karabin mi nie pomoże… jądro magii się wylało i zaczyna wchłaniać wszystko.
– I przemieniać – dodała Matka cicho.
– I przemieniać… – powtórzyłem za nią, bo nic innego nie mogłem tak naprawdę zrobić. Jeśli jądro planety zaczynało się wylewać, wypływająca z niekontrolowaną siłą magia zaczyna nie tyle niszczyć, ile zmieniać strukturę rzeczy oraz wszystkiego co żyje. Na El mogło grasować dosłownie wszystko.
– Oj, Matka… obyśmy się nie wpakowali w jakieś szambo, z którego nie damy rady wyjść. Dobra, idący na śmierć pozdrawiają cię. Bądź w pogotowiu, Matka.
– Będę cię pilnować, Harry – powiedziała pokrzepiająco i otworzyła luk ładowni.
– Dzięki – mruknąłem w odpowiedzi.
Dotknąłem wszczepu za uchem, dzięki któremu Matka mogła się ze mną komunikować poza statkiem i przesyłać informacje w razie potrzeby. Dodatkowo SI mogła zobaczyć to co ja, odbierając obraz dzięki podłączeniu wszczepu do nerwu wzrokowego. Poprawiłem karabin i miecz. Nie dodało mi to zbyt wiele otuchy ani pewności siebie, ale co począć. Ktoś musiał zrobić tutaj porządek. I niestety padło na mnie. Jak zwykle.
– Cisza radiowa, Matka. Miej oczy szeroko otwarte, gdyby się trzeba było stąd szybko zbierać.
– Oczywiście, Harry. Cisza radiowa i pełna gotowość.
Klapa otwarła się z cichym sykiem i opadła delikatnie na ziemię. Uniosłem karabin
i schodziłem powoli na powierzchnię planety, lustrując uważnie wszystko wokół. Każdy martwy kawałek El oraz te, które mogły jeszcze żyć, były na celowniku. Cokolwiek się tu zdarzyło musiałem zachować czujność.
Rozglądałem się po terenie. W oddali, kilkaset metrów od lądowiska, majaczyły kopuły centrum planetarnego pochłoniętego niemal w całości przez pnącza powoju.
Z ledwością dostrzegałem, że cała nadziemna część budynku pokryta jest trwałym i przeźroczystym materiałem, który próbował się przebić spod gęstej sieci roślinności. Ruszyłem powoli w stronę zabudowań. Jedynych jakie dostrzegły skanery statku.
Na pierwsze zwłoki natknąłem się kilka metrów później. Leżały nieopodal leju, który z tego, co zobaczyłem na mapie, powinien być hangarem dla statków. Z ciała zostały jedynie tylne kończyny, należące do jednego z nielicznych tutejszych gatunków zwierząt. Postanowiłem podejść bliżej i przyjrzeć się uszkodzeniom.
Resztka ciała stworzenia była pokryta gęstym zielonkawym śluzem, stąd z trudem mogłem określić czy miało kiedyś futro i jakiego było koloru. Wolałem go nie dotykać, tak dla pewności. Na szczątkach znalazłem ślady zębów dość sporych rozmiarów oraz pazurów. Coś zaatakowało zwierzaka i zrobiło sobie z niego przekąskę. Innych ran nie dostrzegłem.
Za to nieopodal ziała pustka leju a skoro już podszedłem tak blisko, postanowiłem do niego zajrzeć.
Ostrożnie podszedłem do krawędzi dziury. Włączyłem latarkę znajdującą się przy lufie karabinu i skierowałem ją wprost w otchłań. Uważałem, żeby za bardzo się nie wychylać, jeszcze bym stracił równowagę i wpadł do środka, a nie wiadomo na co mogłem się tam natknąć.
Postąpiłem krok. Grudki ziemi posypały się do środka. Promień latarki natknął się
na zarys budynku a raczej na to, co z niego zostało. Przez smugi śmierdzącego słabego dymu, wydostającego się z otchłani, zdołałem dostrzec ściany pomieszczeń rozerwane na mniejsze kawałki. Drzwi hangarowe leżały pogięte i niemal sprasowane pod dużym ciśnieniem.
W kilku miejscach zauważyłem nawet stopione fragmenty. Razem z hangarem, do leja zostały wciągnięte pojazdy i koloniści. Widok był przerażający. Ciała spalone, przygniecione żelastwem leżały rozwłóczone po całej przestrzeni dziury jedno na drugim. Dobrze, że w panujących warunkach nie byłem w stanie dostrzec szczegółów. Podejrzewam, że mój żołądek mógłby tego nie wytrzymać.
– Matka, widzisz to? – szepnąłem najciszej jak się dało. Coś mi mówiło, że lepiej zachować ostrożność. Miałem niemiłe wrażenie, że jestem obserwowany, chociaż nie miałem zupełnie pojęcia jak to możliwe – skany nie wykazały obecności żadnej żywej istoty w okolicy.
– Widzę – odparła. – Uważaj na siebie, Harry.
– Ruszam do centrum.
Oddaliłem się od leja. Już wiedziałem, gdzie zniknęli koloniści. Po tym, co zobaczyłem, istniała nikła szansa, że ktoś zdążył się ewakuować, nim statki zostały wchłonięte przez powierzchnię planety. Może jedynie kapsułami awaryjnymi centrum planetarnego. Ruszyłem powoli w jego kierunku.
– Matka, czy były jakieś informacje o uratowanych kolonistach? – tknęła mnie nagła myśl. Nie kojarzę, żeby w pakiecie danych, jakie przygotowała SI było coś o uratowanych rozbitkach.
– Sprawdzam. Daj mi sekundkę, Harry.
Nie zdążyłem nawet jej odpowiedzieć, kiedy ponownie odezwała się w mojej głowie.
– Nikt się nie uratował z koloni. Nigdzie nie ma danych o przypisanych do El ponad dwóch tysiącach osób. Przykro mi, Harry.
Zatrzymałem się zszokowany. To niemożliwe. To nie mogła być prawda. Żaden wyciek z jądra planety nie jest w stanie zagrozić tak dużej liczbie osób. Musieli wcześniej otrzymywać sygnały alarmujące z systemów monitorujących samo jądro. Nie mogłem w to uwierzyć. Jeśli nie wyciek ze rdzenia planety unicestwił tyle istnień, to w takim razie co? Rzuciłem okiem na rozdarte szczątki zwierzęcia, które wcześniej przykuły moją uwagę. Zaczynałem domyślać się, co mogło być przyczyną eksterminacji koloni. Wyciek był tylko wisienką na torcie. Chyba już nie było czasu na spokojne podejście do tematu.
– Matka, ruszam do centrum planetarnego. Pilnuj mi pleców, bo wygląda na to, że nie mamy czasu na kurtuazję – rzuciłem szptem i przyspieszyłem kroku. – Im szybciej będziemy mieli to za sobą, tym lepiej.
– Zgadzam się, Harry. Ubezpieczam tyły.
Po tych słowach usłyszałem cichy syk uruchamianych działek, znajdujących się pod skrzydłami statku. Muszę się przyznać, że był to pokrzepiający dźwięk, ponieważ oznaczał, że Matka była w gotowości i nie czułem się już tak bardzo osamotniony w tym miejscu kaźni.
Dotarłem do wejścia centrum planetarnego. Pnącza powoju szczelnie pokryły drzwi automatyczne, które obecnie były niedomknięte. Powiesiłem karabin na ramieniu
i wyciągnąłem miecz z pochwy, po czym zabrałem się do usuwania przeszkody. Po chwili odkryłem dlaczego drzwi były zablokowane. W przejściu leżały kolejne zwłoki kolonisty. Niestety jego zdjęcia nie nadawały się do publikacji. Cały był pokryty tą samą mazią, jaką znalazłem na martwym ciele stworzenia przy leju a poza tym nie miał części twarzy. Sporej części. Została wygryziona. Stawiałem na to, że chciał zablokować wejście przed czymś.
I w sumie mu się udało, chociaż pewnie niekoniecznie tak, jak planował.
Schowałem miecz i ponownie chwyciłem za karabin. Latarka przy lufie oświetliła mi wnętrze pomieszczenia. Strumień światła padał na kolejne gnijące ciała, które zaścielały podłogę holu. Smród zwłok stawał się z każdym krokiem coraz bardziej dokuczający. Wyczułem ruch powietrza za moimi plecami, jednak kiedy się odwróciłem, dostrzegłem tylko cień chowający się w korytarzu, który prowadził do przejścia pod kopułą.
– Matka, sprawdź skany. Zauważyłem ruch w budynku.
– Sprawdzam – odparła SI. – Nie wykryto żadnych istot żywych – dodała po chwili.
– Cholera, mógłbym przysiąc, że coś widziałem. Schodzę na dół.
– Przyjęłam – odparła, kiedy wchodziłem w ciemność przejścia, prowadzącego w głąb centrum planetarnego.
Pięć minut szybkiego truchtu i znalazłem się przy nieoznakowanych drzwiach, nieróżniących się wyglądem od innych w budynku. Metal u ich dołu był pogięty, jakby coś uderzało w niego z ogromną siłą. Schyliłem się, żeby przyjrzeć się dokładniej. Powierzchnię drzwi pokrywał ten sam śluz, który znalazłem na truchłach kolonistów i resztkach zwierzęcia przy pochłoniętym hangarze. Niestety nie było czasu na zbieranie próbek i badania.
Zerknąłem na zegarek. Na jego tarczy miałem nie tylko podaną aktualną godzinę oraz czas pozostały do całkowitej destrukcji El, ale przede wszystkim stan licznika. Siedemdziesiąt procent. Trzeba się będzie nieźle napracować, żeby to wystarczyło.
Wyprostowałem się i opuściłem nieco broń. Wolną rękę wyciągnąłem w stronę drzwi. Czułem delikatne swędzenie opuszków palców, kiedy moc przepływała przeze mnie.
Po sekundzie usłyszałem cichutkie kliknięcie. Drzwi lekko uchyliły się do wewnątrz. Otwarłem je ostrożnie. W świetle latarki zobaczyłem klatkę schodową, ciągnąca się głęboko we wnętrze ziemi. Licznik spadł o pięć procent.
Echo moich kroków niosło się w niewielkiej przestrzeni szybu. Spiralna klatka schodowa była całkowicie zrobiona z metalu. Musiałem uważać, żeby nie poślizgnąć się
na stopniach. Chciałem się jak najszybciej dostać do jądra planety, ale niekoniecznie zjeżdżając w dół i obijając sobie szczególnie dolną partię ciała. Moje rozmyślania przerwała mi Matka.
– Harry. Nie chciałabym cię niepokoić, ale coś właśnie weszło do centrum planetarnego. Dane z czujników jednak nic nie pokazują.
Z wrażenia o mało co się nie wywróciłem.
– Zdefiniuj „coś”? – zapytałem, przyspieszając kroku. Informacje od SI nie były pokrzepiające.
– Cienista postać z wielkim pyskiem, poruszająca się na czterech mocnych łapach, pokryta czymś w rodzaju śluzu – odparła Matka po analizie obrazu z kamer. Przesłała mi zdjęcie wprost na gałkę oczną. Wzdrygnąłem się. To mogło być dokładnie to samo „coś”, które mignęło mi w holu centrum.
– Jak zauważysz jeszcze jakieś stworzenia, jakiekolwiek, strzelaj bez rozkazu.
– Przyjęłam.
Klatka schodowa skończyła się gwałtownie. Znalazłem się w tunelu głęboko pod budynkiem. Omiotłem promieniem latarki korytarz i ruszyłem biegiem. Cokolwiek weszło do budynku, na pewno podążyło moim śladem a jakoś nie miałem ochoty na zawieranie nowych znajomości.
Na kilka metrów przed zakrętem tunelu, latarka zamrugała i przestała działać.
– Cholera – mruknąłem. Na szczęście w oddali widziałem nikły poblask jądra El, postanowiłem więc ruszyć w jego kierunku jak najszybciej się dało. Kiedy tylko podjąłem decyzję, przejście zagrodził mi niski, warczący kształt. Odruchowo chwyciłem za karabin, by wypuścić solidną serię pocisków w przeciwnika, niestety nic się takiego nie stało. Wielokrotne przyciskanie spustu broni nic nie zmieniło. Nie zacięła się. Bliskość jądra i ogromna ilość magii wyłączyła karabin z użytkowania. Mogłem się tego spodziewać, kiedy latarka zgasła.
Bez wahania odrzuciłem broń na ziemię i wyciągnąłem miecz. Cień zbliżał się do mnie powoli, jakby smakował każdą chwilę i moje przerażenie. Przyjąłem odpowiednią pozycję do ataku i uderzyłem pierwszy, celując w łeb. Stwór umiejętnie mnie ominął, zachodząc od tyłu, by po chwili wskoczyć na moje plecy. Użyłem całej siły, żeby go zrzucić
z siebie. Wykorzystałem chwilę jego oszołomienia, podbiegłem do niego i jednym sprawnym ruchem odciąłem stworowi głowę. Opadła nieopodal na ziemię. Broń była pokryta śluzem.
– Jak to kiedyś powiedziano: natura zawsze znajdzie drogę – szepnąłem.
Podczas, gdy reszta ciała potwora wciąż drgała, usłyszałem dobiegające z powierzchni odgłosy wystrzałów. Matka musiała coś zauważyć. Przyspieszyłem kroku. Chciałem jak najszybciej dotrzeć do jądra, załatwić sprawę i odlecieć w siną wszechświata dal.
Wybiegłem zza zakrętu wprost do komory głównej. Rdzeń planety pulsował niebieskawym światłem. Był znacznie większy niż powinien. Magia wypływała w niekontrolowanych strumieniach. Ostatnie promienie słońc dochodziły z powierzchni planety przez ogromne dziury. Wszędzie leżały szczątki kolonistów, budynków oraz pojazdów.
Spojrzałem na licznik – sześćdziesiąt pięć. Musiało wystarczyć. Bez wahania zbliżyłem się do rdzenia. Magia huczała mi w uszach coraz mocniej. Ten dźwięk przytłoczył wszystko inne, łącznie z odgłosami kanonady, dochodzącymi z powierzchni.
Schowałem miecz do pochwy, by móc swobodnie działać. Stanąłem pewnie na nogach i przysunąłem dłonie do rdzenia planety tak, jakbym chciał się go chwycić. Skupiłem się na nim. Mrowienie w palcach zasygnalizowało mi, że moc przepływa pomiędzy mną a jądrem El. Kątem oka śledziłem wartość licznika. Spadała w miarowym tempie, malejąc o pięć procent co pół minuty. Praca pochłonęła mnie w zupełności. Nie zauważyłem, że tuż za moimi plecami czai się kolejny stwór. Tym razem znacznie większy od tego, którego udało mi się zabić.
Moc płynęła jednolitym strumieniem. Rdzeń powoli przygasał i zmniejszał się między moimi dłońmi. Magia już mnie tak nie ogłuszała. Doszło do mnie ciche sapanie. Odsunąłem nieznacznie ręce na bok. Wiedziałem, że nie mam szans wyciągnąć broni. Zerknąłem szybko na licznik. Zostało dwadzieścia pięć procent. Akurat tyle, żeby bezpiecznie zakończyć naprawę rdzenia. Cholera, przekląłem w myślach.
Stwór rzucił się na mnie nieoczekiwanie. Udało mi się uskoczyć w ostatniej chwili, ale zahaczył mnie swoimi pazurami. Cały prawy bok miałem rozdarty aż do mięśni. Spóźniłbym się chwilę i miałbym przebitą klatkę piersiową mimo to krwawiłem obficie. Kombinezon z szarego bardzo szybko robił się krwisty. Próbowałem zatamować nieco ranę, poświęcając kilka procent mocy, tymczasem stwór szykował się do kolejnego ataku. Otworzył paszczę ukazując bogate uzębienie, a następnie ruszył na mnie.
Nie zdążyłbym chwycić za miecz. Prawy bok bolał przy każdym nawet najmniejszym ruchu. Niewiele myśląc rzuciłem w potwora kulą ognia. Na moment w pieczarze zrobiło się jasno jak w dzień. Wartość licznika znowu spadła. Zostało tylko piętnaście procent.
Mój atak zaskoczył przeciwnika, który zamiast się uchylić, wpadł wprost w ogień. Zaskowyczał, kiedy temperatura przypalała mu skórę. Pewnie poprzednie ofiary nie broniły się aż tak zacięcie. Jego oszołomienie dało mi na tyle czasu, żeby wyciągnąć miecz i zaatakować potwora. Wbiłem ostrze aż po rękojeść w zgięcie karku, zaraz za głową. Potężnym uderzeniem przerwałem rdzeń kręgowy istoty, która padła bez ruchu.
– Harry! Nadchodzą kłopoty! – wrzasnęła przerażona SI. – Z lasów wychodzą stada stworów. Nie mam na tyle amunicji, żeby ich powstrzymać. Pospiesz się!
Spojrzałem w górę. Nie widziałem powierzchni, za to w otworach pojawiały się zarysy głów potworów. Wywęszyły mnie. Nie miałem zbyt wiele czasu. Ostatkiem sił podbiegłem do rdzenia planety. Ponownie uniosłem dłonie i posyłałem swoją moc do jądra, mając cichutką nadzieję, że uda mi się je przywrócić do poprzedniego stanu, nim dopadną mnie przerażające istoty. Liczyłem na to, że przywrócenie równowagi w świecie, zwali ich z nóg i odbierze magiczne siły, jakimi niewątpliwie były napędzane.
Stworzenia, jak gdyby wyczuwając co się święci, zaczeły przeraźliwie wyć. Dźwięk przebijał mnie na wskroś, podnosił ciśnienie krwi do tego stopnia, że moje rany znowu zaczęły krwawić. Stałem w małej czerwonej kałuży, która stawała się coraz większa.
Na domiar złego, licznik pokazał zero procent i zaczął się jarzyć na czerwono, a rdzeń wciąż pulsował i nie chciał się poddać mojej woli.
– Harry, chyba jednak nic z tego nie będzie – odezwała się smutno Matka.
– Jeszcze zobaczymy – odparłem przez ściśnięte zęby, skupiając wszystkie swoje siły na zadaniu.
– Harry! Co ty robisz? – zapytała przerażona.
– To. Do czego. Mnie. Stworzyli!
Stworzenia ruszyły w moją stronę. Lej wypełnił się nimi. Każde chciało mnie dopaść jako pierwsze. Walczyły o to między sobą, podgryzając sobie kończyny a nawet przegryzając gardła. Odciąłem się od tego, co działo się w pieczarze. Skupiłem się wyłącznie na rdzeniu. Licznik zaczął schodzić poniżej zera procent. Trwałem tak, ręce mrowiły mnie niemiłosiernie, a z boku pulsował tępy ból. Krwista kałuża pod moimi stopami powiększała się nieustannie. Kolana zaczęły się pode mną uginać. Ostatkiem sił trzymałem się w pionie.
Istoty otoczyły mnie ciasnym kręgiem. Zerknąłem na licznik, wybałuszając oczy ze zdziwienia. Pokazywał minus pięćdziesiąt procent. Spojrzałem na pulsujący rdzeń, wracający do pierwotnej, właściwej formy. Stworzenia rzuciły się do ataku a mnie pochłonął mrok.
Z oddali dochodziły stłumione dźwięki. Ktoś wypowiadał moje imię wielokrotnie, zapewniając o czymś, jednak nie byłem w stanie odpowiedzieć. Moje ciało nie chciało reagować w żaden sposób. Poczułem jak coś wsuwa się pode mnie. Przebłysk ostatniego zapamiętanego przeze mnie widoku rozdziawionych mord potworów, powrócił do mnie
w ułamku sekundy. Drgnąłem, próbując odruchowo uciec, umknąć wrogowi, ale nic z tego się nie zdarzyło. Nie byłem w stanie myśleć, a co dopiero walczyć.
Po chwili unosiłem się bezwładny. Ręce osunęły mi się w przestrzeń. Czyżby tak właśnie wyglądało umieranie? Jeśli tak, to co czeka mnie po śmierci? Niebo? Piekło? Kraina mlekiem i miodem płynąca? Valhalla? A może nic? Myśli znowu odpłynęły w niebyt, tak samo jak ja.
Obudził mnie miarowy pisk. Odczekałem chwilę, upewniając się, że już nie śpię. Dopasowałem pisk do uderzeń mojego serca. Do uderzeń mojego serca?! Natychmiast otworzyłem oczy, co prawda z trudem, ale w końcu mi się udało. Obraz przez chwilę był rozmazany, jakbym dawno nie używał wzroku. Musiałem odczekać kilka sekund, żeby oczy złapały ostrość. Ostrożnie poruszając głową rozejrzałem się wokół.
Byłem zamknięty w komorze o przezroczystym materiale. Nieopodal stała aparatura mierząca czynności życiowe. Puls pikał sobie radośnie na ekranie monitora. Wartości idealne. Nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. Przesunąłem głową w prawo i zobaczyłem smukłą kobietę o pięknych brązowych oczach i zniewalającym, ale czujnym spojrzeniu. Długie włosy miała spięte ciasno w kucyk. Ubrana była w taki sam kombinezon jak mój. Zerknąłem
na naszywkę na lewej piersi kobiety.
– Matka?! To ty?! – wyszeptałem.
– Dobrze cię widzieć, Harry – uśmiechnęła się nieznacznie.
– Jak? Co?... – próbowałem pytać o wszystko na raz. Niezdarnie mi to wychodziło.
– Czemu wcześniej mi się taka nie pokazywałaś?
Matka, ciężko teraz było tak o niej myśleć, uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
– Ten hologram został wgrany razem ze mną do pamięci statku, ale nigdy nie czułam potrzeby, aby z niego skorzystać. Podoba ci się?
Kobieta obróciła się wokół własnej osi jak na pokazie. Była dobrze zbudowana.
– Myślę, Matka, że od teraz będziesz korzystać z tego hologramu cały czas. I trzeba ci zmienić imię. Kompletnie nie przypominasz niczyjej matki. Nawet matki takiego stwora jak ja. Ale najpierw powiedz mi jak El? Udało się?
– Udało się, Harry. El uratowane. Niestety nie obyło się bez strat… – dodała zmartwiona.
– Koloniści – stwierdziłem. Nie musiałem pytać. Wiedziałem.
– Tak. Wszyscy koloniści, którzy nie zginęli, zostali przemienieni w stworzenia, jakie niestety miałeś okazję spotkać.
– Wiedziałem… Natura zawsze znajdzie sposób…
Kobieta wpatrywała się we mnie milcząc. Domyśliłem się, że jest jeszcze coś o czym musi mi powiedzieć.
– Co tam jeszcze? Jeszcze jakieś problemy? – dopytałem, a ona w odpowiedzi kiwnęła lekko głową i palcem pokazała na mnie. Spojrzałem wzdłuż mojego ciała. W prawym boku ziała mi ogromna dziura. Mogłem zobaczyć co mam w środku. Nie dostrzegłem też części lewej nogi.
– Zaraz jak przywróciłeś rdzeń do właściwej formy, podleciałam statkiem i zabrałam twoje ciało wysięgnikiem. Wokół ciebie było pełno krwi oraz martwych stworów – zaczęła tłumaczyć.
– Powrót do równowagi je dezaktywował – mruknąłem, wpatrując się w brakującą część nogi.
– Żeby tego dokonać – podjęła cichym głosem SI. – umarłeś.
Spojrzałem na nią zszokowany.
– Jak to umarłem?! Jak to jest w ogóle możliwe?! Nie rozumiem. Przecież jestem tutaj! – oburzyłem się.
– Wykorzystałeś całą moc, jaką posiadało twoje ciało a nawet więcej. Przeszedłeś na drugą stronę, Harry. Musiałam cię podłączyć do systemu przywracania tworów.
Rozejrzałem się ponownie i dostrzegłem kolejne maszyny usilnie pracujące nad tym, żeby utrzymać mnie przy życiu. Byłem tak przerażony, że nawet nie przemknęło mi przez myśl, aby zapytać jak SI była w stanie mnie tutaj umieścić. Pierwszy raz do momentu stworzenia mnie, zdarzyła mi się taka krytyczna sytuacja.
– Co teraz? – szepnąłem strwożony tymi wszystkimi wiadomościami.
Matka podeszła bliżej. Położyła swoją holograficzną dłoń na kapsule i uśmiechnęła się pokrzepiająco.
– Odbudujemy cię. Nie martw się, Harry. Matka nie da cię skrzywdzić.
– Naprawdę musimy ci znaleźć jakieś imię – odparłem i padłem na posłanie bezwładny. Umieranie to parszywa robota. Miarowe piski maszyn szybko ukoiły moje myśli.
Komentarze
Prześlij komentarz
Chcemy tylko kulturalnych komentarzy!