Wchodzę powoli. Najpierw zanurzam stopy. Woda obmywa je przyjemnie. Jest nieco zbyt gorąca, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Swobodnie ruszam dalej. Teraz swój czas mają łydki, kolana i uda. Po chwili woda sięga mi już do pasa. Postanawiam więc się zanurzyć w niej. Pierwszy raz jest zawsze najtrudniejszy i najgorszy. Wewnętrzna walka zziębniętego ciała i gorącego płynu. Skóra zaczyna piec, ale ja wciąż się zanurzam nieprzerwanie. Jak się coś zaczęło to i skończyć trzeba. Nawet jeśli trochę to może boleć.
Kładę się swobodnie na tafli zbiornika. Pozwalam swoim mięśniom się rozluźnić. Staram się nie myśleć o niczym. Zupełnie o niczym. Teraz jestem tylko ja i ten płyn, który mnie otacza, przyciąga i otula niczym najlżejszy puch. Unoszę się przez jakiś czas na powierzchni. Moje zmartwienia odlatują i nie ma już nic.
Wtem powoli ciężar mojego ciała ciągnie mnie w dół. Nieprzerwanie zbliżam się do końca mojej drogi. Nie robię jednak nic. Bo cóż już można zrobić w takiej chwili, kiedy pogodziłem się ze wszystkim. Kiedy nic już tak naprawdę się nie liczy. Kiedy nic już nie jest ważne. Kiedy oddychanie staje się zbędne.
Śledzę bąbelki powietrza unoszące się z moich ust i nosa. Długość ich lotu na powierzchnię pozwala mi ocenić, że wciąż opadam. Że jeszcze nie dotknąłem dna.
Spoglądam na moje ręce. Wydają się takie wiotkie, takie spokojne i tak bardzo oderwane ode mnie. Włosy falują wokół twarzy. A ja zgadzam się niemo na to wszystko. Przyjmuję to jako kolej rzeczy. Czyż nie jest to odwieczny cykl życia?
Czuję jak płuca zaczynają boleć. Brak im powietrza. Wiem o tym, ale nie reaguję. Czekam spokojnie, aż wszystko przestanie już mieć znaczenie. Pamiętam, że za chwilę zacznie brakować tlenu również dla reszty organów. W szczególności dla mózgu. Już zupełnie nic nie będzie mnie kontrolować.
Opadam spokojnie. Nie szarpię się. Pogodziłem się z tym, co przede mną. Poza tą wodą czeka na mnie tylko wrogi świat, który chce mnie pożreć. Pozwalam się ponieść.
Dotykam dna. Widzę wszystko przez falującą taflę, jakby ktoś nie wyregulował odbiornika telewizyjnego. Ale jeszcze nie śnieży mi przed oczami.
Nagle dochodzi do mnie przytłumiony głos walenia w drewno. Potem jakieś krzyki. Ktoś mnie chyba woła. Ktoś chyba nie chce, żebym tu został.
Wynurzam się niechętnie z gorących objęć. Teraz słyszę już wyraźniej.
- Wyjdziesz wreszcie z tej wanny, czy mam cię stamtąd sama wytargać?!
Komentarze
Prześlij komentarz
Chcemy tylko kulturalnych komentarzy!