Przez tłum, zalegający na bazarze przepychała się niewielka postać. Jej przejście znaczyły głosy oburzenia, wykrzykujące przekleństwa. To ułatwiało podążającym za nią strażnikom, nie zgubić tropu.Postać przyspieszyła kroku i zaczęła przepychać się jeszcze bardziej zaciekle, niż przed chwilą. Za wszelką cenę musiała uciec pościgowi. Nie mogli jej schwytać z tym, co miała schowane pod długą szatą wierzchnią. Za posiadanie przedmiotów z listy zakazanej groziła tylko jedna kara – śmierć. Jay nie mogłaby liczyć na wyrozumiałość, ponieważ nie była to jej pierwsza i podejrzewała, że nie ostatnia, kradzież.
W końcu udało się jej przedostać przez ludzkie mrowie. Bazar w Jaffie już od dawna nie gościł tylu kupujących oraz sprzedających, co dziś. Wszystko to było zasługą nowego Władcy Miasta, który solidnie obniżył podatki od zawiązywanych transakcji, co z kolei sprawiło, że Jaffa stała się oazą, dosłownie i w przenośni, dla wszystkich ludzi interesu. Miasto zaczynało kwitnąć. Złodziejstwo również.
Jay wbiegła do mniej uczęszczanej części targu. Spojrzała za siebie. W oddali dostrzegła czarne mundury przepychających się w jej kierunku strażników świątyni pałacowej. Byli postawni, a ich mięśnie rozpychały rękawy mundurów, które ledwo trzymały się w szwach. Każdy z piątki strażników świątynnych trzymał w ręku uniesiony miecz o lekko zakrzywionej klindze. Sejmitar był ich znakiem rozpoznawszym. Na szczęście dla mnie nie używają pistoletów, pomyślała kobieta, skręcając w boczną uliczkę. Prawa świątyni zabraniają im używania broni palnej. Podobno huk wystrzału może zbudzić niegodziwe duchy, zamieszkujące świat, a wtedy biada temu, kto znajdzie się w pobliżu.
Jay biegła pomiędzy dwupiętrowymi domami wzniesionymi z piaskowca, wydobywanego w kopalni, znajdującej się niemalże na samym środku pustyni. Tumany kurzu wzbijały się za nią z każdym krokiem. Ludzie, siedzący na progu swoich mieszkań, spoglądali z zaciekawniem za nią, jednak na widok świątynników natychmiast odwracali wzrok.
Jeden ze strażników wysforował się na dobre kilka metrów przed resztę grupy. Równe tempo, wysportowana sylwetka oraz długie nogi czyniły go niebezpiecznym przeciwnikiem podczas pościgu. Jeszcze kilka kroków i uciekająca kobieta padnie jego zdobyczą. Ujął mocniej miecz w lewej dłoni i przygotował się do cięcia.
Jay podświadomie wyczuła zbliżające się zagrożenie. Cień mężczyzny, padający przed nią na zapiaszczoną ulicę, stawał się coraz większy i większy. Słyszała równy oddech świątynnika tuż za swoimi plecami, kiedy instynkt kazał jej się uchylić. W tym samym momencie strażnik świątyni zamachnął się sejmitarem i ciął. Długie, brązowe włosy dziewczyny opadły z cichym szelestem na ziemię. Świątynnik zdziwiony takim obrotem spraw, zwolnił. Kobieta dosłownie na sekundę wstrzymała oddech. Nie zatrzymując się ani na moment, dotknęła szybko głowy, upewniając się czy nie została zraniona. Już dawno powinnam się ich pozbyć. Tylko przeszkadzały w pracy, pomyślała z ulgą, po czym rzuciła się w dalszą szaleńczą ucieczkę, przeskakując nad wozem z koszami, który nieostrożny kupiec ustawił w poprzek uliczki.
Długonogi świątynnik pokonał przeszkodę bez problemów. Jego koledzy musieli się przedzierać przez zawadę, co znacznie ich spowolniło. I w niczym nie pomagały krzyki oraz rozkazy skierowane do zszokowanego kupca, który wypadł właśnie z pobliskiego domu.
Kobieta spojrzała szybko za siebie. Widziała tylko jednego świątynnika podążąjącego za nią. W tym upatrywała swojej szansy. Już na etapie planowania, zdawała sobie sprawę, że nie ma szans w walce z więcej niż jednym strażnikiem świątynnym. Byli zbyt dobrze wyszkoleni, aby mogła z nimi konkurować. Jej ratunkiem od samego początku miała być ucieczka wąskimi uliczkami Jaffy, które znała jak własną kieszeń. Teraz postanowiła kluczyć pomiędzy zabudowaniami miasta tak długo, aż zgubi długonogiego lub dotrze do jednej z licznych kryjówek przygotowanych na takie okazje.
Jay wysforowała się dobre kilkanaście metrów przed świątynnika, który nie zniechęcił się błączeniem po wąskich uliczkach miasta i wpadaniem na kolejne przeszkody: ludzi, stragany, zwierzęta. Złodziejka z ogromną wprawą omijała każdą z nich. Jeśli ktokolwiek zauważył jakieś zamieszanie i zamierzał protestować, na widok strażnika świątyni natychmiast zmieniał zdanie.
Jay skręciła w prawo w zaułek pomiędzy budynkami. Długonogi świątynnik uśmiechnął się widząc to, ponieważ była to ślepa uliczka. Zwolnił na kilka metrów przed zakrętem. Idąc swobodnym krokiem, ujął pewnie broń i z poczuciem satysfakcji zanurzył się w zaułek, który okazał się pusty. Na ziemi leżała długa wierzchnia szata uciekinierki. Strażnik zatrzymał się zdziwiony. Kobieta nie mogła przecież rozpłynąć się w powietrzu. Rozłożył zrezygnowany ręce i spojrzał w góre, gdzie właśnie zniknęła stopa złodziejki a zaraz za nią lina, zwisająca z dachu budynku. Rozwścieczony mężczyzna rzucił sejmitara na ziemię. To był ostatni raz, poprzysiągł sobie.
W pomieszczeniu było ciemno. Kryjówka znajdowała się w piwnicy tego samego domu, na którego dach Jay wspięła się przed kilkoma minutami. Tutaj miała się stawić na umówione spotkanie. Kobieta spojrzała na zegarek. Była przed czasem.
- Jak poszło? – Głos dochodził z przeciwnego końca pomieszczenia. Był to zaledwie szept, ale w tym miejscu dźwięk rozchodził się bardzo dobrze i przybysz był słyszalny tak wyraźnie, jakby stał tuż obok. A może tak było? Lubił ją czasem zaskakiwać swoimi umiejętnościami.
Wzruszyła ramionami w odpowiedzi, uśmiechając się lekko. Sięgnęła do kieszeni spodni z jednoczęściowego kombinezonu, jaki miała ubrany pod wierzchnią szatą. Zawsze pamiętała o przebraniu, którego mogłaby użyć w razie pościgu. Wyciągnęła dłoń z zawiniątkiem przed siebie.
Kilka kroków od niej rozbłysła pochodnia zamocowana na jednej ze ścian piwnicy. Mężczyzna wyłonił się z cieni. Tak jak przewidywała Jay, czekał na nią zaledwie metr po jej prawej. Za każdym razem, gdy widziała te jego sztuczki, obiecywała sobie, że kiedyś będzie taka jak on.
Światło pochodni ukazało jego rysy. Był człowiekiem w średnim wieku z włosami wciąż ciemnymi, chociaż przyprószonymi siwizną. Mimo wieku nadal był postawny, a siła jaka z niego emanowała, nie pozwalała go ignorować. Tak samo jak czarny mundur świątynnika.
- Zobaczmy, co dla mnie przyniosłaś – wyszeptał, sięgając po zdobycz złodziejki.
Rozwinął materiał, w którym ukryty był posążek jednego z pomniejszych demonów. Rzeczy te były pilnie strzeżone w świątyni, ponieważ wciąż mogły posiadać moc przywołania przedstawionego demona do świata ludzi. Za ich posiadanie, bezwzględnie groziła śmierć z ręki samego Najwyższego Kapłana.
- Znowu ci się udało, Jasmine. Gratuluję – mruknął z zadowoleniem. – Miałaś jakieś problemy? – zapytał i przyjrzał się uważnie złodziejce. Natychmiast dostrzegł zwisające nierówno kosmyki włosów. Podszedł i chwycił delikatnie jeden z nich. – A to co?
Jay po raz kolejny wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć, że to nic takiego. Ot zwyczajny wypadek przy pracy.
- Kto ci to zrobił? Skaleczyli cię? – dopytywał się świątynnik.
Dziewczyna uspokajająco podniosła dłonie i pokręciła zdecydowanie głową, po czym zaczęła gestykulować.
- Mówisz, że to był długonogi, tak?
Jay kiwnęła głową na znak potwierdzenia.
- Wiedziałem, że Roben nie odpuści. – Uśmiech zadowolenia zagościł na twarzy strażnika. – Będzie dobrym zastępcą. Nie widział twojej twarzy?
Złodziejka uśmiechnęła się tryiumfująco. To wystarczyło za potwierdzenie.
- To dobrze, Jasmine. Bardzo dobrze. Szkoda mi twoich włosów, ale tam, gdzie za kilka dni się znajdziesz ich długość i tak nie będzie miała znaczenia. Zresztą ładnie ci w takich. Tak bardzo jesteś do niej podobna…
Dotknął delikatnie twarzy dziewczyny. Ta złapała jego dłoń i przytrzymała przy policzku.
- Szkoda, że twoja matka nie widzi jaka jesteś piękna – westchnął, po czym przytulił ją do siebie mocno. – Moja mała wnuczka.
Jay wyrwała się z uścisku i zaczęła żywiołowo gestykulować.
- Wiem, wiem. Ale dla mnie zawsze będziesz moją małą, ukochaną wnuczką. I dziękuję ci bardzo, że pomagasz mi szkolić tych nieszczęsnych świątynników. Będę sobie musiał z nimi poważnie porozmawiać. Po raz kolejny.
Złodziejka wskazała na posążek demona. Dziwiła się, że tak drobna rzecz może być tak ważna i, z tego, co opowiadał jej dziadek, niebezpieczna. Jej zwinne dłonie poszły w ruch i zadała kolejne pytanie.
- Tak, wiem. Wygląda niepozornie – odezwał się mężczyzna. – ale jest w nim ukryta wielka moc. Stara magia, o której ludzie już zapomnieli.
Dziewczyna roześmiała się bezgłośnie na myśl o magii. Strażnik czekał na wyjaśnienia, ponieważ nie wiedział, co ją tak rozbawiło.
- Magii nie ma – wymigała Jay. – Magia to bajki dla małych dzieci. Jak możesz nadal w to wierzyć?!
Oblicze mężczyzny stężało w mgnieniu oka. Stało się surowe, wręcz groźne. Podszedł do niej, potrząsając figurką.
- Jasmine, córko mojej córki, nigdy nie kpij z magii – powiedział twardo. – Ludzie już zapomnieli o tym, co zdarzyło się kilka lat po twoim urodzeniu, ale ty nie powinnaś. Właśnie przez takie beztroskie podejście innych do starej magii zginęli twoi rodzice. Chyba nie muszę ci o tym przypominać, prawda?
Kobieta wpatrywała się w niego hardo. A przynajmniej miała taką nadzieję, że właśnie to uczucie emanuje z jej twarzy oraz postawy. Jednak bardzo szybko zrobiło jej się wstyd, kiedy spostrzegła bezmierny ból w jego oczach oraz wściekłość i bezsilność na to, czemu nie potrafił zapobiec w żaden sposób wtedy, ani teraz po tylu latach. Jay bez wahania przytuliła się do niego. Jego gęsta broda łaskotała ją w ucho.
- Przepraszam, moja droga – odezwał się cicho po dłuższej chwili, odsuwając wnuczkę delikatnie i chowając posążek w szmatkę a następnie do kieszeni. – Nie powinienem tak reagować, ale ten żal, że mogłem coś zrobić byś miała ich obok siebie, wciąż we mnie tkwi jak cierń. Ale dość już o tym. Twoje szkolenie dobiegło końca. Jestem z ciebie ogromnie dumny.
Uśmiechnęła się zadowolona, lecz po chwili spuściła głowę i odsunęła się o parę kroków.
- Co się stało, dziecko? – zapytał zatroskany, widząc tą nagłą zmianę.
Jay podniosła głowę i zaczęła gestykulować. Robiła to szybko, urywanymi ruchami.
- Jasmine… To, że nie jesteś taka jak pozostali, bo nie możesz mówić, wcale nie jest twoją wadą. Każdy jest inny i dlatego każdy jest wyjątkowy. Nie zapominaj o tym!
Dziewczyna zamigała w odpowiedzi.
- Tak, masz racje. Twoja matka była mądrą kobietą, powtarzając ci to każdego dnia – westchnął i uśmiechnął się. – Nic dziwnego, że twój ojciec się w niej zakochał a w pałacu pełniła tak ważną rolę.
Podszedł do niej i przytrzymał za ramiona.
- Jesteś wyjątkowa. Masz zdolności o jakich niektórzy mogą tylko pomarzyć. To, co według niektórych jest niedoskonałością, już dawno zamieniłaś w ogromny atut. Będziesz idealna do zadania jakie zamierzam ci powierzyć, ale o tym porozmawiamy za kilka dni.
Mężczyzna pocałował Jasmine w czoło i zniknął w cieniach piwnicy. Nie było słychać jego kroków na kamiennej posadzce, zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu. Za kilka dni wszystko się zmieni, pomyślała. Już nie będę musiała się ukrywać. Nigdy więcej.
Dziedziniec świątyni pałacowej o kształcie okręgu, większy niż sama świątynia, został bogato przystrojony kolorowymi flagami i szarfami, na których widniały herby rodów, wywodzących się z Jaffy. Drzewa, strzegące licznych dróżek, odchodzących od dziedzińca jak macki mitycznego stwora, obwieszono różnokolorowymi lampionami, które tworzyły magiczny nastrój. Rozgwieżdżone, bezchmurne niebo dopełniało niezwykłości nocy, w której straż świątynna miała przyjąć nowych rekrutów w swoje szeregi. Zdarzało się to raz na pięć lat, ponieważ aż tyle czasu zajmowało odpowiednie wyszkolenie przyszłych świątynników. Historia pałacowej świątyni znała nieliczne przypadki zerwania z tą tradycją z powodu wojny lub innego zagrożenia dla Jaffy, albo ze względu na wybitne osiągnięcia rekruta, który otrzymywał prawo wstapienia w szeregi świątynników wcześniej niż inni.
Jasmine zgodnie z instrukcjami dostarczonymi jej tego ranka, stała w tłumie, skrywając twarz pod kapturem. Miała czekać na umówiony sygnał, a dopiero po nim wyjść z tłumu. Póki co miała czas, by poobserwować pozostałych zebranych na placu ludzi.
Na uroczystości przybyli niemal wszyscy mieszkańcy miasta. Lada moment oczekiwano przybycia samego Władcy Jaffy wraz ze swym orszakiem. Dzieci oraz dorośli oczekiwali w napięciu na rozpoczęcie ceremonii, po której całe miasto będzie świętować do białego rana. Stoły bogato zastawione jedzeniem i napojami już czekały na świętujących. Nowi świątynnicy byli chlubą Jaffy. Nie wszystkie miasta mogły się pochwalić posiadaniem tak elitarnych jednostek. Chociaż śmiano się za ich plecami, że nie używają broni palnej, miano przed nimi ogromny respekt. Jeden strażnik świątyni był wart dziesięciu żołnieży z regularnej armii. Niektórzy twierdzili, że nawet znacznie więcej. Świątynników uważano za nietykalnych dla świata ludzkiego, jak i dla świata duchów i demonów.
Jasmine rozgladała się wokół, chłonąc niezwykłe barwy, jakie przybrały otaczające budynki drzewa oraz ludzie, którzy na taką okazję ubrali się w swoje najlepsze, najbarwniejsze szaty, często służące im wcześniej tylko w dniu ślubu. Ona jako jedna z nielicznych miała na sobie długą szatę koloru piasku. U szczytu schodów królowała czerń mundurów strażników. Obecny odddział liczył dwudziestu pięciu świątynników. Po wydarzeniach sprzed kilkunastu lat, jeszcze nie wrócił do swojej dawnej świetności i liczebności.
Na pierwszym stopniu, prowadzącym do świątyni Jay dojrzała dziesiątkę wyprostowanych, dobrze zbudowanych mężczyzn i kobiet, czekających na rozpoczącie ceremonii. Każdy z rekrutów czekał w od początku szkolenia właśnie na ten moment. Z początkowej grupy czterdziestu osób, zostało ich tylko tylu. Szkolenie wymagało nie lada wysiłku i umiejętności, a także odporności psychicznej.
Wtem rozległy się dźwięki trąb, oznajmiające przybycie Władcy Jaffy wraz z orszakiem. Na plac wchodzili służący, niosący proporce z godłem miasta, pikującym sokołem na tle słońca oraz herbem rodzinnym Władcy, łapą tygrysa pustnnego na czerwonym tle. Kolejni nieśli lampiony, oświetlając drogę swemu panu. Uroczysty pochód wywołał wiwaty tłumu. Był też znakiem dla Najwyższego Kapłana świątyni do opuszczenia murów świątyni, aby powitać przybywających.
Jasmine spojrzała w stronę szczytu schodów, gdzie w swojej długiej, srebrnej szacie czekał duchowny. Miał długą, siwą brodę, siegająca mu poniżej pasa; głowę odkrytą na znak szacunku; stopy jak zwykle bose. Tego świętego męża uważano za jednego z najskromniejszych spośród dotychczasowych dostojników świątynnych. Obok niego, kilka kroków po jego prawej, Jasmine dostrzegła swojego dziadka. Stał wyprostowany, dumny z surowym wyrazem twarzy. Bacznie obserwował wszystko, co działo się na placu. Na chwilę skupił wzork na tłumie ludzi i wtedy dziewczyna odniosła wrażenie, że patrzy wprost na nią. Wydawało jej się, że zauważyła nikły uśmiech, malujący się na jego porośniętej gęstym zarostem twarzy.
Dźwięk trąb rozległ się ponownie, tym razem znacznie bliżej. Władca Jaffy wkraczał na dziedziniec ubrany w prostą szatę barwy kości słoniowej. Jedyną oznaką jego pozycji i statusu były złote bransolety, które nosił na przegubach rąk. Panujący obecnie w mieście dostojnik słynął z surowości, ale przede wszystkim z ogromnej wiedzy i mądrości. Tłum wiwatował i wykrzykiwał imię Władcy lub nazwę miasta. Tymczasem Najwyższy Kapłan zszedł na poziom placu, by przywitać orszak niskim ukłonem i dopiero wtedy ludzie ucichli.
- Witaj, czcigodny Ojcze Świątyni. – Władca odezwał się spokojnym głosem, wypowiadając tradycyjne powitanie.
- Witaj, czcigodny Ojcze Miasta – odparł starzec, prostując się. – Zaczynajmy. Nie pozwólmy im już czekać ani chwili dłużej.
- Prowadź, Ojcze Świątyni.
Mężczyźni przeszli przez środek placu, po czym wspięli się na szczyt schodów i odwrócili do tłumów. Władca Jaffy spojrzał uważnie na rekrutów, jakby mógł wyczytać w ich twarzach, oczach i postawie los, jaki na nich czekał. Po chwili ciszy przemówił:
- Rekruci! Dzisiaj skończyło się wasze szkolenie a zaczyna się wasze nowe życie w służbie świątyni oraz miasta. Czy jesteście gotowi przyjąć to brzemię?
- Jesteśmy! – Dziesiątka gardeł mężczyzn i kobiet wykrzyczała przysięgę bez wahania.
- Czy jest wśród obecnych ktoś, kto nie podziela naszej decyzji o przyjęciu tych mężnych ludzi w szeregi świątynników? – zapytał tradycyjnie Kapłan.
- Tym kimś będę ja, Ojcze Świątyni.
Głos dobiegł zza pleców starca, który, z malującym się na jego twarzy bezbrzeżnym zaskoczeniem, odwrócił się powoli. Tłum jak na rozkaz wstrzymał oddech. Władca Jaffy uniósł jedynie brew i ze spokojem przyglądał się całej sytuacji.
- Generale Malkyn… dlaczego? – spytał Ojciec Świątyni, nie znajdując innych słów.
Jasmine zachłysnęła się powietrzem z wrażenia. Czy on powiedział „generale”? – zapytała sama siebie. Wiedziała, że dziadek jest szanowanym strażnikiem światyni, ale nigdy nie myślała, że może być przywódcą wszystkich świątynników. Nigdy nie mówił jej zbyt wiele na swój temat, jednak trudno ukryć taką informację. No chyba, że się jest moim dziadkiem, pomyślała i z uwagą śledziła dalszy rozwój wydarzeń.
Generał uśmiechnął się spokojnie.
- Ponieważ chciałbym zarekomendować jeszcze jedną osobę do tego zacnego grona rekrutów.
Wśród zebranych zaszumiało od wymienianych szeptem komentarzy. Niektórzy z rekrutów nerwowo spoglądali wokół. Myśleli, że to może być kolejny test generała, który zafundował im ich dostatecznie dużo podczas szkolenia. Inni z kolei byli oburzeni, że miałby do nich dołączyć ktoś, kto nie przeszedł szkolenia razem z nimi. To było nie w porządku, myśleli sobie. Wbrew wszystkiemu, czego ich uczono. I jakby odpowiadając na te zarzuty, dowódca świątynników odezwał się ponownie:
- Wiem, że jest to wbrew ogólnie przyjętym zasadom i panującej od wieków tradycji, jednak w historii Jaffy znamy przypadki odstępstw od reguły. Chciałbym prosić o taki przywilej, czcigodnego ojca Jaffy oraz ciebie, czcigodny Ojcze Świątyni.
Władca Jaffy przyglądał mu się bacznie przez chwilę. Ludzie zebrani na placu umilkli, czekając na decyzję.
- Masz moją zgodę, generale Malkyn. Przedstaw nam proszę swojego kandydata. Albo kandydatkę – dodał Władca ciszej tak, żeby tylko zainteresowani mogli usłyszeć jego słowa.
Oczy generała błysnęły w świetle lampionów. Czyżby Władca Miasta coś podejrzewał? Wziął głęboki oddech, żeby uspokoić myśli. Wyszedł na skraj najwyższego stopnia schodów. Na ten znak spośród tłumu wyłoniła się zakapturzona niewysoka postać.
- Czcigodni ojcowie, przedstawiam wam moją wnuczkę Jasmine. – Generał przemówił mocnym głosem, wskazując dziewczynę, która jednym zwinnym ruchem zrzuciła szatę na ziemię, aby stanąć przed zebranymi w czarnym mundurze świątynnika. Krótkie włosy podskakiwały z każdym, nawet najdrobniejszym ruchem. Za sobą Jay słyszała ciche szepty. Dochodziły do niej pojedyncze słowa: niemowa, niemożliwe, wstyd, hańba… Zamknęła się na nie, wpatrując śmiało w dziadka oraz pozostałych dostojników.
- Jasmine Jay Malkyn – odezwał się cicho Władca Miasta, schodząc wolno po schodach w jej stronę. Dziewczyna drgnęła nieznacznie, słysząc swój przydomek, którym wołano ją na ulicach Jaffy. – Jesteś równie piękna jak matka i podejrzewam, że równie mądra.
Mężczyzna zatrzymał się dwa kroki od niej, śmiało patrząc w jej niebieskie oczy. Jasmine nie mogła oderwać wzroku od jego spokojnej, poważnej twarzy naznaczonej zmarszczkami zmartwienia, ale też rozbawienia.
- Generale Malkyn. – Władca Jaffy przerwał narastającą ciszę. – Jasmine to dobra i utalentowana dziewczyna. Wiem, z pewnych źródeł, że jej umiejętności dorównują a nawet przewyższają niektórych świątynników. Jednak muszę powiedzieć: nie. Jasmine ma przed sobą większe zadanie.
- Ależ czcigodny Ojcze Miasta… - zaczął słabym głosem generał.
- Nie. – Władca uciął wszelkie dyskusje, po czym odszedł na poprzednie miejsce. Jay stała zszokowana, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Niektórzy z zebranych byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Dziadek zacisnął mocno szczęki a wraz z nimi pięści, żeby ostatkiem sił opanować gniew i żal, który w nim wzbierał. Cierpiał tak samo mocno jak Jasmine. Nie rozumiał decyzji Ojca Miasta, ale wiedział, że musi ją uszanować.
Niespodziewanie zerwał się porywisty wiatr, wściekle kołysząc lampionami i łopocząc sztandarami. Niektóre ze świateł zgasły z cichym sykiem pod wpływem podmuchów. Niebo przysłonił czarny, ciężki dym. Ludzie zaczęli uciekać w panice, tratując innych.
Świątynnicy, wraz z rekrutami, natychmiast podbiegli do zebranych na najwyższym stopniu schodów dostojników, otaczając ich szczelnym kordonem. Szczęk wyciąganej broni został zagłuszony przez potężne wycie wichru i jeszcze czegoś, czego nikt nie słyszał od ponad dwudziestu lat. Ryk wezwanych demonów niósł się echem po niemalże pustym placu.
Generał, Władca Jaffy i Ojciec Świątyni stali zszokowani, nie potrafiąc wymówić słowa, ani uczynić żadnego ruchu. Malkyn przeczuwał zawsze, że kiedyś ten dzień nadejdzie, że magia, a wraz z nią złowrogie duchy, powróci. Miał jednak nadzieję, że nie zdarzy się to tak szybko. Czyżby ludzie już zapomnieli, co stało się kilkanaście lat temu? Czyżby byli aż tak głupi? Nagle coś go tknęło.
- Jasmine! Gdzie jesteś? – ryknął w stronę dziedzińca. Z cieni wyłoniła się drobna postać. Szybkim krokiem dotarła do kordonu strażników, którzy patrzyli na nią niechętnie, wręcz groźnie, blokując drogę do generała.
- Przepuścić ją! – ryknął dowódca świątynników. Strażnicy spojrzeli po sobie niepewnie.
- Przepuście ją – powiedział stanowczo Ojciec Jaffy.
Grupa wykonała rozkaz i po chwili Jasmine znalazła się w ramionach dziadka.
- Roben! Zbierz wszystkich rekrutów, będziecie nas osłaniać. Pozostali wiedzą, co mają robić. Do środka! – zagrzmiał. – A po tym wszystkim pogadamy sobie o wykonywaniu rozkazów – dodał gniewnie, kładąc dłoń na ramieniu wnuczki i prowadząc swój mały odddział w ślad za Kapłanem i Władcą Miasta. Reszta świątynników przygotowała się do obrony świątyni. Została ich zaledwie garstka. Jay odniosła wrażenie, że część z nich widzi po raz ostatni. Rzuciła jeszcze okiem na dziedziniec. Z mrocznych cieni wysuwały się trzy postacie: ogromny prawie dwumetrowy człowiek o głowie byka; dorównujący mu wzrostem tygrys pustynny o długich, szablastych zębach, wystających z paszczy oraz latajacy wąż, który unosił się wysoko nad nimi w chmurach dymu.
- Szybko, Jasmine. Nie mamy czasu – syknął jej wprost do ucha dziadek, ciągnąc ją za sobą. Ostatnim, co ujrzała nim zamknięto wejście do świątyni, była garstka świątynników z sejmitarami, atakująca demony. Dziewczyna rozumiała, że na niewiele zda się ich poświęcenie. Jedynie odwleką w czasie to, co nieuniknione. Czy tak właśnie zginęli rodzice? Czy magia przynosi tylko śmierć i zniszczenie?
Ciężkie drewniane drzwi odseparowały grupę generała od wydarzeń na placu. Ojciec Świątyni wciąż był oszołomiony. Nie rozumiał jak mogło dojść do ataku demonów, przecież zadbali o to, aby żaden posążek, nawet ten najmniejszy, nie znalazł się poza murami świątyni.
- Generale, musimy działać – odezwał się Ojciec Miasta, przerywając ciszę i wyrywając ludzi z szoku.
- Wiem, Ojcze Jaffy – odparł powoli Malkyn. – Obawiam się jedynie, że w naszych zasobach nie mamy odpowiedniej broni. – dodał, ostrożnie dobierając słowa. W jego oczach pojawiła się bezsilność. Jasmine po raz pierwszy widziała, żeby dziadek nie znał rozwiązania problemu. Intensywnie myślała o tym, co powiedział. Szukali broni, ale jedyną bronią na magię była…
Jay klepnęła dziadka delikatnie. Zamigała kilka słów, wskazując na stojące w przejściu posągi dostojników świątyni i poprzednich Władców Miasta.
- Jak to: musimy je wypuścić, Jasmine?! Jak ty to sobie wyobrażasz?! - syknął w odpowiedzi. - Przecież to demony. Najstraszliwsze demony, jakie chodziły po ziemi. Wiesz w ogóle, o czym mówisz?!
Oczy wszystkich zwróciły się na nich. Ojciec Jaffy uważnie obserwował Jay.
- Ale część z nich na pewno jest dobra - wymigała poirytowana dziewczyna.
- Tak, tylko nie wiemy, która część – zaoponował generał. Jasmine uśmiechnęła się dumnie, rysując gestami kolejne słowa.
- Zaufaj mi. Będę wiedziała. Mam nosa do ludzi. - Przejechała wymownie palcem po nosie. Pozostali przerzucali wzrok z generała na dziewczynę i z powrotem. Z oddali dochodziły odgłosy walki, krzyki ludzi, huk burzonych zabudowań.
- Ciekawe, czy to się też tyczy demonów... – westchnął Malkyn. - Obym tego nie żałował. Leć, Jasmine. Biegnij do skarbca. Roben cię zaprowadzi.
Mężczyzna, słysząc swoje imię, zerknął na dowódcę lekko zaskoczony, jednak bez wahania skinął na Jay i ruszył w głąb korytarza, w odpowiednim kierunku. Dziewczyna podążyła za nim, pociągnęła go za rękaw, zmuszając do zatrzymania.
- O co chodzi, Jasmine? – zapytał generał, widząc, co się dzieje.
Wnuczka zwróciła się w jego stronę, wykonując szybkie gesty dłońmi.
- Rozumiem – odparł jej dziadek. – Robenie, idźcie najpierw do zbrojowni. Jasmine będzie potrzebowała kilku rzeczy.
Długonogi spojrzał najpierw na dziewczynę, a następnie na swojego dowódcę. Skinął głową na znak zrozumienia.
- Chodźmy – rzucił do Jay, po czym ruszył bez zwłoki.
- Pamiętaj, Jay. Nie budź zbyt wielu. Nie jesteś aż tak silna. – Doszły do niej słowa Ojca Jaffy, chociaż nie zauważyła, żeby w ogóle się odzywał. Potrząsnęła głową z niedowierzaniem i podbiegła, aby dogonić swojego przewodnika.
Roben prowadził, bez wahania wybierając właściwe przejścia wśród labiryntu korytarzy. Wszystkie były jasno oświetlone przez zamocowane na ścianach pochodnie. Jasmine była wewnątrz świątyni nie po raz pierwszy, jednak nigdy nie pomyślałaby, że budynek jest tak bardzo rozbudowany. Z zewnątrz sprawiał wrażenie dość ograniczonego. W tej jego części Jay nie znalazła się nigdy wcześniej.
- Sieć tuneli, którą idziemy powstała na wypadek ataków na miasto i ciągnie się pod całą jego powierzchnią – wyjaśnił spokojnym głosem świątynnik. – Tylko straż świątynna, Najwyższy Kapłan oraz Ojciec Miasta wiedzą o nich i mają do nich dostęp.
Jay kiwnęła głową z uznaniem. Nigdy nie słyszała ani słowa o tunelach, a obracała się często w bardzo podejrzanym towarzystwie, wykonując różne misje na polecenie dziadka. Jeśli złodzieje Jaffy nic nie wiedzieli o tej tajemnicy, to miała pewność, że nikt nie wiedział.
Długonogi strażnik skręcił w prawo i otworzył drzwi. Ilość broni oraz zbroi stojącej pod ścianami pomieszczenia, leżącej na stołach i pod nimi, oszołomiła dziewczynę. Można było tutaj zaopatrzyć solidnie małą armię. Jay rozglądała się chciwie po komnacie, szukając czegoś, co pomogłoby jej w misji. Skrzywiona, klepnęła Robena w ramię i pokazała mu jakby strzelała z pistoletów. Mężczyzna zdziwiony uniósł brew.
- Chcesz znaleźć jakąś broń palną? – dopytał dla pewności. Jasmine skinęła głową i uśmiechnęła się.
- Hm… - Robecn mruknął i zastanawiał się chwilę, rozglądając się wokoło. Po chwili podszedł do jednego kąta pomieszczenia i zaczął przerzucać pieczołowicie wykonane miecze, tarcze, fragmenty zbroi, jakby to były zwykłe przedmioty.
- Czy to będzie wystarczające? – zapytał, pokazując na wyciągniętej dłoni małe petardy. Jay spodziewała się czegoś lepszego. – To jedyny proch jaki tutaj znajdziemy – dodał Roben, widząc jej nieco zawiedziony wyraz twarzy. – Używamy ich podczas świętowania urodzin świątynników.
Dziewczyna podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się słabo. Liczyła na coś bardziej spektakularnego, ale miała nadzieję, że to wystarczy. Będzie musiało wystarczyć.
- Czy my się skądś nie znamy? – zapytał nagle mężczyzna. – Czy ja cię już gdzieś nie widziałem?
Jay gwałtownie potrząsnęła głową. Krótkie włosy zatańczyły wokół niej. Złapała petardy wprost z dłoni strażnika i podbiegła do drzwi. Nie mieli zbyt wiele czasu. Odgłosy walki zaczęły przybierać na sile. Wrogowie się zbliżali. Szum wiatru nie ustawał. Dostawał się do tuneli kanałami wentylacyjnymi. Ognie pochodni migały urywane przez podmuchy. Roben dołączył do kobiety i poprowadził labiryntem tuneli wprost do skarbca.
Kilkanaście minut biegu później, Roben i Jasmine zatrzymali się przed pozłacanymi drzwami z wyrytym na nich znakiem zamkniętej skrzyni. Mężczyzna otworzył wejście do ogromnego pomieszczenia, którego końca nie było widać. Dziewczyna zatrzymała się w progu, oszołomiona bogactwem, jakie się tutaj znajdowało. I nie tyczyło się to jedynie skrzyń wypełnionych po brzegi złotem czy srebrem lub biżuterią, ale także wielu przedmiotów o historycznej wartości oraz dzieł sztuki. Zdziwiło ją, że wszystkie te skarby nie są nawet zabezpieczone. Chociaż z drugiej strony nie było w tym nic dziwnego, skoro nikt, ani ona, ani pozostali złodzieje, nie wiedzieli o istnieniu tego miejsca. Wszystkie rzeczy, jakie dotychczas na polecenie dziadka kradła ze świątyni, znajdowały się w komnatach Najwyższego Kapłana oraz jego współpracowników. Nawet dziadek nie zająknął się ani słowem o tym miejscu.
- Musimy iść dalej. – W jej tok myśli wdarł się głos strażnika. Spojrzała na niego, mrugając kilkakrotnie, żeby przywołać siebie do porządku. Skinęła krótko i wskazała ręką, żeby prowadził.
Roben przechodził koło zgromadzonych bogactw, które zupełnie nie robiły na nim wrażenia. Kierował się ku końcowi pomieszczenia sprawnie omijając przeszkody. Widocznie nie była to jego pierwsza wizyta w skarbcu.
Mężczyzna niespodziewanie zatrzymał się. Jasmine, zapatrzona w bogactwa znajdujące się na wyciągnięcie ręki, omal na niego nie wpadła. Spojrzała przed siebie na rząd ogromnych posągów, jakie stały obok siebie w bojowym szyku. Gdyby potrafiła mówić, zaniemówiłaby z wrażenia. Nigdy nie wpadłaby na to, że zaklęte w statuy duchy mogą zajmować aż tyle miejsca.
- Wielkość posągu oznacza moc ducha, jaki został w nim uwięziony – wyjaśnił mechanicznie Roben. – Miejmy nadzieję, że petardy wystarczą.
Strażnik domyślał się, do czego dziewczyna chciała ich użyć. Za kilka chwil sprawdzą czy legendy mówiły prawdę. Nie brał udziału w wydarzeniach sprzed kilkunastu lat. Jego rodzice uciekli zanim na dobre rozpętało się piekło. Słyszał jedynie opowieści, według których z rodziny generała nikt nie przeżył. Spoglądał z zaciekawieniem na swoją towarzyszkę, przechadzającą się wśród rzeźb. Uważnie przyglądała się każdej z nich, aby wybrać tę właściwą.
Jasmine szukała tego czegoś. W twarzach posągów, w ich postawie. Nie mogła się pomylić w wyborze, a zgodnie ze słowami Ojca Miasta domyślała się, że ten kto obudzi demona może nad nim zapanować, ale trzeba mierzyć siły na zamiary. Musiała znaleźć takiego, którym byłaby w stanie pokierować. Przypomniała sobie też demony, które teraz grasowały po powierzchni. Nie mogła pozwolić by jej podopieczny mógł im nie sprostać. Rozglądała się więc uważnie, biorąc wszystkie czynniki pod uwagę. Skupiona zupełnie nie zauważyła, że Roben się jej przygląda, obserwując ją wnikliwie.
Jay zatrzymała się i wskazała na średniej wielkości, w porównaniu ze stojącymi obok, posąg szarego smoka. Na całym ciele miał misternie wyrzeźbione łuski. Skrzydła były złożone wzdłuż tułowia. Wielki pysk i ogromne pazurzaste łapy nie pozwalały jednak wątpić w jego siłę.
- Ten? – zapytał Roben dla pewności. – Myślisz, że będzie odpowiedni?
Dziewczyna spojrzała na niego z ogromną pewnością, malującą się na twarzy. Strażnik nie zadawał już żadnych pytań.
- Zatem do dzieła – rzucił pozornie spokojnym głosem, wyciągając jedną z pochodni z uchwytu w ścianie.
Jasmine otworzyła dłoń i spojrzała na petardy. Niewielkie, czerwone zawiniątka na sznurku. Albo wóz albo… smok, pomyślała i zaśmiała się bezgłośnie ze swego żartu. Mężczyzna popatrzył na nią lekko zdziwiony, po czym wzruszył ramionami.
Kobieta przywołała go ruchem ręki, aby móc swobodnie podpalić petardy. Miała nadzieję, że obudzi się tylko jej wybraniec, stojący pośród innych ogromnych posągów. Wzięła głęboki wdech i zapaliła lont petard. Przez chwilę nic się nie działo i już myśleli, że ładunki są zbyt mokre lub zbyt stare, kiedy nagle na loncie pojawiły się iskry. Jay zdecydowanym ruchem rzuciła petardy na smoka. Huk rozszedł się echem po skarbcu. Trwał jedynie kilka sekund. Długonogi i złodziejka stali bez ruchu obok siebie, czekając na jakiś znak, potwierdzający ożywienie smoka. Spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami, kiedy nagle doszedł do ich uszu dźwięk ciężko wydychanego powietrza. Powoli odwrócili się w jego stronę.
Pośrodku rzeźb, w kupkach gliny, leżących na podłodze stał prawdziwy smok. Smużki dymu wyskakiwały mu z nozdrzy przy każdym oddechu. Jay otworzyła usta ze zdziwienia. Roben instynktownie sięgnął po miecz, ale nie wykonał żadnego ruchu. Tymczasem żywy demon zwrócił swój pysk w stronę dziewczyny, zaglądając jej głęboko w oczy. Jasmine nie uchyliła się. Wytrzymała spojrzenie mądrzejsze, niż mogła to sobie wyobrazić. I potężniejsze, niż się spodziewała. Po długiej chwili smok prychnął jakby z zadowoleniem. Wiedziała, że wybrała właściwie. Tylko jak go stąd wydostać? Ledwo o tym pomyślała, a smok rozwinął skrzydła na całą swoją długość i wzbił się w powietrze, torując sobie drogę przez kamienny sufit.
Roben, widząc co się święci, wepchnął Jay pod stojący najbliżej nich posąg olbrzymiego wilka. Chwilę później tam, gdzie stali leżała kupa gruzu. Strażnik zerknął na dziewczynę. Ta mogła jedynie rozłożyć ręce. Nigdy przecież nie kierowałam smokiem, przeleciało jej przez myśl.
Wyszli z kryjówki i spojrzeli w górę. Dziura w powale komnaty była dość spora. Wpadało przez nią świeże powietrze oraz ryki rozwścieczonych demonów i krzyki ludzi. Jay klepnęła Robena, wskazując drugą ręka na wyrwę.
- Tak. Musimy się tam dostać jak najszybciej. Za mną!
Puścił się biegiem do wyjścia ze skarbca. Jasmine nie ustępowała mu kroku.
Smoczy ryk opadł na Jay i Robena, gdy tylko wydostali się na zewnątrz. W gęstym dymie, jaki utrzymywał się wokół dziedzińca dostrzegli walczących świątynników. Została ich dosłownie garstka. Trzech zmagało się z pustynnym tygrysem, a pozostali z człowiekiem-bykiem, który wyrwał z ziemi jeden ze sztandarów i trzymał strażników na dystans. Nad nimi, co jakiś czas przesuwał się cień latającego węża. Spadał na walczących z nienacka.
Ogród otaczający świątynię płonął, rozświetlając noc. W tym blasku Jasmine dojrzała ciała leżące na placu, na schodach świątyni, w licznych ogrodowych alejkach. Dorośli, starcy i dzieci. Wszyscy wyglądali tak samo upiornie bez względu na swój wiek, status czy pochodzenie. Część z trupów była rozszarpana przez silne zęby demona-tygrysa. Kątem oka ujrzała wychodzącego ze świątyni dziadka wraz ze świeżo upieczonymi świątynnikami. To, co przeszli podczas szkolenia było niczym w porównaniu z tym, co działo się na ich oczach przed świątynią. Widać było malujące się na ich twarzach przerażenie. Dokładnie to samo, które odczuwała Jay. Przez dobrą chwilę stała nieruchomo, niezdolna do żadnej reakcji. Czy tak zginęli jej rodzice? Czy tak to wtedy wyglądało?
- Hej! Dziewczyno! – ryknął do niej Roben. – Zrób coś!
Spojrzała na niego. Mimo, że starannie to ukrywał, świątynnik bał się jak nigdy. Stał, trzymając sejmitara w gotowości. Zbierał siły do wykonania swojego obowiązku. Jasmine uderzyła pewność, płynąca z jego sylwetki. Wzięła się w garść i zaczęła intensywnie myśleć o smoku. Czuła z nim jakąś dziwną więź. Instynktownie postanowiła ją wykorzystać. Po chwili poczuła, że dziki zwierz zwrócił na nią uwagę. Stali się jednym. Kobieta wyszła na skraj schodów, skąd miała lepszy widok na to, co działo się na placu.
Generał widząc, co się dzieje natychmiast wydał rozkazy. Dwóch rekrutów pobiegło za nim w stronę dziewczyny, reszta została by bronić wejścia do świątyni oraz dostojników. Ojciec Miasta kategorycznie odmówił ewakuacji tunelami do bezpieczniejszej części Jaffy. Wiedział też doskonale, że nie było czasu na wzywanie posiłków. Stał w wejściu świątyni, obserwując walkę.
Jasmine skupiła się na walczących tak bardzo, że nie zauważyła kiedy dziadek i dwóch świątynników podbiegło do niej.
- Zostańcie z nią! – rzucił Malkyn, a sam ruszył na pomoc grupce, zmagającej się z pustynnym tygrysem. Roben ruszył za dowódcą. Obaj bez wahania rzucili się w wir walki, atakując demona raz po raz.
- Teraz twoja kolej – rozbrzmiał głos Ojca Miasta. Jay odwróciła się i zobaczyła, że stoi daleko od niej. Krzyk umierającego świątynnika przerwał jej tok myśli. Teraz nie było czasu na odkrywanie tajemnic.
Wielki wąż spadł na strażnika i porwał jego trupa w powietrze. Dziewczyna skupiła się. Gdy tylko poczuła więź, łączącą ją ze smokiem, wykorzystała ją bez chwili zastanowienia. Wiedziała, co ma robić. Pokazała w myślach swojemu podopiecznemu obraz latającego węża oraz to, co zrobił. Odpowiedział jej ryk, rozchodzacy się dokładnie nad nią. Stworzenie pilnowało jej instynktownie. Po raz kolejny przekonała się, że wybrała właściwie.
W gęstym dymie sylwetki walczących demonów były ledwo zauważalne. Powietrze przeciął ognisty płomień. Po chwili z głuchym uderzeniem, na stopnie schodów wprost przed Jay, upadły szczątki demona-węża, aby następnie zmienić się w glinianą maź. Smok zaryczał triumfalnie i pikując zaatakował kolejnego przeciwnika. Tym razem obrał na cel człowieka-byka, odpędzającego się od świątynników. Ci ledwo zdołali uchylić się przed smoczymi pazurami.
Człowiek-byk nie dawał jednak za wygraną. Wymachiwał drzewcem sztandara, próbując jednocześnie atakować smoka i się od niego odpędzić. Kilka razy udało mu się go zranić, jednak to nie zniechęciło przeciwnika. Było wręcz odwrotnie. Rozgniewało nie tylko samego smoka, ale przede wszystkim Jasmine, która zaciskała dłonie oraz szczęki ze złości.
Smok odleciał, ukrył się w gęstym dymie. Człowiek-byk obracał się wokół własnej osi, oczekując ataku z góry. Tymczasem strażnicy, ostatkiem sił naparli na niego, korzystając z zamieszania. Jednocześnie wbili miecze w ciało demona, a wtedy smok pojawił się wśród ciemnych obłoków i zionął ogniem, spopielając przeciwnika. Ludziom udało się uciec w ostatniej chwili. Jeden z nich tarzał się po ziemi, gasząc płomienie. Towarzysze rzucili mu się na pomoc.
- Generale, nie!
Do uszu dziewczyny doszedł krzyk Robena. Widziała jak jej dziadek upada pod ciosem ciężkiej łapy pustynnego tygrysa. Udało im się go przyprzeć do muru drzew, rosnących w pozostałościach ogrodu, jednak demon nie dawał za wygraną. Walczył dziko i nieustępliwie, raniąc świątynników.
Jasmine skupiła się na walczących. Nie widziała nigdzie dziadka. Miała nadzieje, że Roben odciągnął go w bezpiecznie miejsce. Smok, czując jej zaniepokojenie zaryczał gniewnie. Spadł wprost na grzbiet tygrysa-demona i chociaż nie dorównywał mu posturą, wczepił się w jego ciało pazurami i ciężko machając skrzydłami, podniósł demona. Zniknęli pośród gęstego dymu. Nagle wszystko ucichło.
Jay spoglądała w górę. Nie wiedziała, gdzie jest jej podopieczny. Przez chwilę obawiała się, że go straciła. Sprawdziła łączącą ich więź. Wszystko wyglądało tak samo, jak wcześniej, jednak dopóki nie zobaczyła jego sylwetki na tle zadymionego nieba, nie odważyła się oddychać. Bardzo szybko smok stał się jej częścią. Już wiedziała, jakie magia niesie ze sobą zagrożenie. Jej potęga uzależniała.
Głuchy łoskot oznajmił wszystkim, że ostatni demon został pokonany. Jego truchło leżało u stóp świątyni. Pozostali przy życiu świątynnicy wznieśli radosne okrzyki ku niebu, którego strzegł szary smok. Ich demon. Demon Jaffy.
Dziewczyna klęczała na schodach. Była wyczerpana. Nad nią beztrosko latał szary smok. Promienie wschodzącego słońca oświetlały jego potężne cielsko oraz pobojowisko na placu. Generał wydawał polecenia swoim podkomendnym. Roben nie odstępował go ani na krok, podpierając w razie potrzeby. To on odciągnął dowódcę w ostatniej chwili, dzięki czemu uderzenie łapy demona-tygrysa nie okazało się śmiertelne. Jasmine uśmiechnęła się z wdzięcznością., po czym spojrzała w dalszą część placu. Po swoich zmarłych krewnych przybywały grupkami rodziny. Swąd spalenizny unosił się w powietrzu.
- Jasmine Jay Malkyn. Jesteś prawdziwą córką swoich rodziców, chlubą Jaffy. Jesteś żywą legendą.
Władca Miasta podszedł do dziewczyny, zatrzymując się obok niej.
- Wiedziałeś! Przez cały ten czas wiedziałeś! – wymigała słabo. Kompletnie nie przejmowała się brakiem szacunku, jaki okazywała w stosunku do Ojca Miasta.
- Domyślałem się, ale nie byłem pewny, dopóki cię nie zobaczyłem na placu podczas ceremonii. I dopóki twój dziadek nie potwierdził moich przypuszczeń. Magia w rodzinie Malkyn zawsze była silna. Moje zdolności nic by tu nie pomogły. Dziękuję ci.
Spoglądała to na niego, to na liczne trupy, leżące na dziedzińcu. Wskazała w ich kierunku.
- Myślisz, że też mi podziękują? – zapytała w myślach. Już wiedziała na czym polegała jego moc.
Mina mężczyzny spoważniała. Położył jej delikatnie dłoń na ramieniu.
- Gdyby nie ty, ofiar byłoby znacznie więcej. Dobrze to wiesz.
Oboje trwali w bezruchu.
- Ojcze Miasta! – Generał podkuśtykał do nich. Demon-tygrys drasnął go w walce niegroźnie w udo. Malkyn nie pozwolił sobie pomóc, dopóki wszystko nie zostało zabezpieczone.
- Znaleźliście winnego? – spytał dostojnik, chociaż znał dobrze odpowiedź.
- Tak. Był to jeden z kupców. Znaleźliśmy ślady gliny na jego dłoniach oraz kolejne posążki w kieszeniach szaty. Podejrzewam, że demony wyrwały się spod jego władzy.
- Gdyby mądrze wybrał, nic by się takiego nie stało – skwitował twardo Władca Jaffy. – Magia, jak każda siła, przyciąga wielu głupców – westchnął.
Komentarze
Prześlij komentarz
Chcemy tylko kulturalnych komentarzy!